środa, 23 października 2013

Etiopia, templariusze i Graal

Po dość rozbudowanym wstępie, jaki zamieściłam w poprzednim poście, przyszedł czas na skojarzenia - co może łączyć te trzy elementy: Etiopię, Templariuszy i Graala? Połączenie między Templariuszami, a Graalem odnajdzie niemal każdy, kto śledził choćby przygody Indiany Jones'a ;) Gorzej poszłoby nam z odnalezieniem związku między Templariuszami a Etiopią, albo Graalem a Etiopią. A jednak Graham Hancock skrupulatnie poskładał puzzle i wskazał te związki w swojej książce "Znak i pieczęć".

Przeszło 2000 lat po tym jak Arka Przymierza zniknęła ze stron Starego Testamentu, w 1119r. w Europie został założony Zakon Templariuszy, a dokładniej: Zakon Ubogich Rycerzy Chrystusa i Świątyni Salomona. Już w 1128r. na synodzie w Troyes, Zakon uzyskał oficjalne uznanie Kościoła. Templariusze szybko stali się potęgą na międzynarodową skalę, cieszącą się bogactwem i prestiżem, co jednak nie uchroniło ich od spektakularnej zagłady w ciągu dwóch kolejnych stuleci.
Historię tę opisywano już na wiele sposobów. Nagle w piątek trzynastego października 1307r. wszyscy templariusze przebywający we Francji zostali aresztowani. Była to bardzo zgrana operacja - rozpoczęła się wczesnym rankiem, a gdy zapadła noc 15 tysięcy mężczyzn był już zakutych w łańcuchy. Zarzuty wytoczone przeciw templariuszom, były dość popularne jak na ówczesne czasy. Oskarżano ich np. o wypieranie się Chrystusa, opluwanie jego wizerunków, a także o składanie ofiar bożkom. Zarzuty były równie mało wiarygodne, co i w innych podobnych przypadkach, Nie miało to jednak znaczenia, bowiem machina zagłady już ruszyła i zabrakło siły, która mogłaby ją zatrzymać. Dlaczego jednak Zakon, który najpierw zyskał takie uznanie, zszedł ze sceny w tak poniżający i nagły sposób? Czego tak bardzo wystraszyli się europejscy wielmoża?
Trudno mi ocenić, czy Graham Hancock był pierwszą osobą, która postawiła tezę, że prawdziwą przyczyną, dla której templariusze udali się do Jerozolimy, była nie tyle powszechnie poddawana pod wątpliwość "ochrona pielgrzymów zmierzających do Ziemi Świętej", co przede wszystkim odnalezienie Arki Przymierza. Można się uśmiechać pod nosem ile dusza zapragnie, jednak fakty są takie, że:
  • przez cały XII wiek główna kwatera Zakonu mieściła się w miejscu, gdzie niegdyś stała Świątynia Salomona - ta sama, z której w czasach starotestamentowych w niewyjaśniony sposób zniknęła Arka Przymierza.
  • templariusze prowadzili w okolicy zorganizowane prace wykopaliskowe.
Po przybyciu do Jerozolimy, templariusze uzyskali o dziwo! prawo do wzgórza świątynnego w bardzo nieskomplikowany sposób. W dużym skrócie wyglądało to tak, że poprosili i natychmiast dostali to o co prosili. Mieli widać ogromną siłę perswazji :) Po czym przez prawie 7 lat bardzo rzadko opuszczali to miejsce i zuchwale odmawiali każdemu wstępu do swojej kwatery. Było ich wtedy aż dziewięcioro, więc teza, iż mieli chronić pielgrzymów na drodze o długości 80 km, była od samego początku mocno naciągana. Tym bardziej, że gdy tam przybyli funkcję "ochroniarzy" pełnili już joannici - zakon większy i starszy.


Obecnie archeolodzy nie mogą prowadzić wykopalisk na wzgórzu świątynnym ze znanych wszystkim przyczyn. Od strony izraelskiej jednak prowadzono takie badania w ograniczonym stopniu, w wyniku czego na południe od wzgórza, znaleziono wyjście tunelu wykopanego w XII wieku, który uznano za dzieło templariuszy. Stwierdzono nawet, że tunel mógłby się ciągnąć dalej, aż do samego serca świętego miejsca, być może przechodząc pod Meczetem Na Skale. Po cóż templariusze mieliby kopać taki tunel? Ano dlatego, że istnieje legenda, iż na chwilę przed wtargnięciem Babilończyków do świątyni, Arka Przymierza została ukryta w tajemnej zamurowanej jaskini tuż pod Szetiją.
Ostatecznie jednak działania rycerzy nie przyniosły oczekiwanego skutku. Niemniej jednak wszystko wskazuje na to, że znaleźli jakiś ślad, który skierował ich w zupełnie inną stronę. W 1126r. Hugo de Payenes nagle opuścił Jerozolimę i powrócił do Europy. Było to tuż przed synodem w Troyes, na którym oficjalnie uznano istnienie Zakonu. Co oznaczało takie "oficjalne uznanie" dla garstki rycerzy, którzy zrozumieli, że potrzebują znacznie więcej środków na dalsze poszukiwania? Oczywiście napływ tych środków. Odpowiedni kościelny marketing sprawił, że do zakonu zaczął się napływ młodych ludzi z różnych stron Europy (rzadko ubogich). Pod koniec XII wieku templariusze zgromadzili niesłychane bogactwa, działali w skomplikowanym systemie finansowym i posiadali majątki w całym ówcześnie znanym świecie. Wszystko to za sprawą Bernarda z Clairvaux (późniejszego świętego), który ułożył formułę zakonu, a następnie przy pomocy szeregu entuzjastycznych kazań, zapewnił powodzenie całej operacji. Co otrzymał w zamian? Tu pojawia się niepoparta niczym, poza sprawnym kojarzeniem faktów, prawdziwa ciekawostka. Lata trzydzieste XII to wielki rozkwit francuskiego gotyku. Bernard z Clairvaux, który był autorem wielu rozpraw teologicznych, pisał m.in. takie oto ciekawostki:
"Nie powinno być żadnych ozdób, liczą się jedynie proporcje".
"Czym jest Bóg? Jest długością, szerokością, wysokością i głębokością."
Graham Hancock snuje przypuszczenia, że templariusze nie odjechali z Jerozolimy z pustymi rękami. Przywieźli prawdopodobnie zaginione architektoniczne sekrety dotyczące geometrii, proporcji, równowagi i harmonii. To była prawdopodobnie ich karta przetargowa. Czy miała bezpośrednie przełożenie na monumentalny, strzelisty gotyk, którego tak gorącym piewcą był Bernard z Clairvaux, trudno jednoznacznie ocenić. 
Nie są to jednak argumenty zupełnie wyssane z palca. Wiele zamków i fortec, których autorstwo przypisuje się właśnie templariuszom, wykazywało się niespotykaną dotąd techniką budowy. Przypuszcza się, że wzorowaną na Świątyni Jerozolimskiej. Przykładem jest nigdy nie zdobyty przez Saracenów Atlit, znajdujący się na południe od izraelskiej Hajfy. Jego potężne mury oparte na niezwykle głębokich fundamentach, miały ponad 27 metrów wysokości i blisko 5 metrów grubości. Archeolog C.N. Johns, prowadzący na tamtym terenie w 1932r. prace wykopaliskowe uznał, że "umiejętności architektów i murarzy zakonu, w porównaniu ze średniowiecznymi normami, istotnie były niezwykle wysokie, a nawet jak na dzisiejsze wymaganie, można je uznać za wyjątkowe". 

Atlit, źródło: internet
Pozostawmy jednak układy i układziki średniowiecznej Europy i wróćmy do dalekosiężnych planów templariuszy. Na jaki więc ślad natknęli się w Ziemi Świętej? W czasie, gdy stacjonowali w Jerozolimie, przebywał tam również na wygnaniu etiopski książę Lalibela. Prawdopodobnie od niego templariusze usłyszeli historię zawartą w "Kebra Nagast", historię, której echa są żywe w Etiopii po dziś dzień. 
Również i królowa Saby, usłyszawszy rozgłos [mądrości] Salomona, przybyła, aby osobiście się o niej przekonać. Przyjechała więc do Jerozolimy ze świetnym orszakiem i wielbłądami, dźwigającymi wonności i bardzo dużo złota oraz drogocennych kamieni. Następnie przyszła do Salomona i odbyła z nim rozmowę o wszystkim, co ją nurtowało. Salomon zaś udzielił jej wyjaśnień we wszystkich zagadnieniach przez nią poruszonych. Nie było zagadnienia, nieznanego królowi, którego by jej nie wyjaśnił. Gdy królowa Saby ujrzała całą mądrość Salomona oraz pałac, który zbudował, jak również zaopatrzenie jego stołu w potrawy i napoje, i mieszkanie jego dworu, stanowiska usługujących jemu, jego szaty, jego podczaszych, jego całopalenia, które składał w świątyni Pańskiej, wówczas wpadła w zachwyt. Dlatego przemówiła do króla: «Prawdziwa była wieść, którą usłyszałam w moim kraju o twoich dziełach i o twej mądrości. Jednak nie dowierzałam tym wieściom, dopóki sama nie przyjechałam i nie zobaczyłam na własne oczy, że nawet połowy mi nie powiedziano. Przewyższyłeś mądrością i powodzeniem wszelkie pogłoski, które usłyszałam. (...) Król Salomon zaś podarował królowej Saby wszystko, w czym okazała swe upodobanie i czego pragnęła, prócz tego, czym ją Salomon obdarzył z królewską hojnością. Niebawem wyruszyła w drogę powrotną do swego kraju wraz ze swymi sługami. [1Krl 10, 1-13]
źródło obrazu: http://nowaatlantyda.com
Jak wspominałam w poprzednim poście, czas budowy Świątyni Jerozolimskiej przypada mniej więcej na X wiek pne. Na ten sam więc okres przypada wizyta królowej Makedy (znanej nam pod imieniem królowej Saby) opisana na stronach Starego Testamentu. Etiopska kronika "Kebra Nagast" mówi jednak, że "królewska hojność" Salomona nie ograniczyła się wyłącznie do świecidełek. Królowa bowiem wróciła do Etiopii brzemienna. Ze związku tego narodził się Menelik, który zapoczątkował dynastię Salomonidów. Dynastia ta ponoć panowała w Etiopii z przerwami, aż po czasy współczesne i zakończyła się na Hajle Syllasje, którego tak malowniczo opisał Kapuściński w swoim kultowym "Cesarzu". Wróćmy jednak do protoplasty rodu - Menelika. Gdy osiągnął on wiek dojrzały, udał się do swego ojca Salomona w odwiedziny, ale tego wątku już w Starym Testamencie nie znajdziemy. Został on przyjęty ze wszelkimi przynależnymi mu honorami i ugoszczony iście po królewsku. Przebywał tam trzy lata. Nieopatrznie jednak, król Salomon, w przypływie ojcowskiego zaufania, podzielił się ze swoim synem informacją o największym bogactwie Izraela, jakim była Arka Przymierza, a ten po prostu wykradł tenże największy skarb i uciekł z nim do Etiopii. Tyle opowiada "Kebra Nagast". 
Graham Hancock twierdzi jednak, że opowieść ta jest tylko przykrywką, sprytnie zafałszowanym obrazem, który, jak to większość mitów i legend, opowiada prawdziwą historię w sposób zawoalowany, tak aby nie była czytelna dla wszystkich. Prześledził on bowiem drogę Arki z Jerozolimy do Etiopii w sposób bardzo szczegółowy i wszystko wskazuje na to, że przewiezienie jej do Etiopii było działaniem świadomym i zaplanowanym przez Izraelczyków i miało na celu ukrycie jej przed najeźdźcami. Potwierdzeniem tego wydarzenia, tj. exodusu grupy Żydów z Jerozolimy do Etiopii w czasach Pierwszej Świątyni, jest zdaniem Hancocka, istnienie zadziwiającej społeczności żydowskiej na terenie Etiopii - Felaszów. Mówili oni o sobie, że wyemigrowali z Ziemi Świętej do Etiopii za czasów Pierwszej Świątyni (tj. ok. 931 r pne.). Nie obchodzili świąt żydowskich ustanowionych po tej dacie, takich jak Purim, czy Chanuka. Nie mieli też rabinów, gdyż ci zaczęli działać dopiero w okresie Drugiej Świątyni. Skąd więc wzięli się w Etiopii? Czyż teza o kluczowej w dziejach Izraela wyprawie w celu skutecznego ukrycia największego artefaktu Starego Testamentu, nie brzmi w tym kontekście wiarygodnie? 
Wróćmy jednak do templariuszy i etiopskiego księcia Lalibelli. Tu mała dygresja: mam wrażenie, że coś jest w tym, że nieuczciwość przyciąga nieuczciwość. Czytając bowiem rozważania Hancocka, po raz pierwszy chyba dotarło do mnie, że templariusze nie występowali w roli bohaterów pozytywnych, tak jak to przyjęło się pokazywać w filmowo-literackiej popkulturze. I ci właśnie mało krystaliczni bohaterowie, o bardzo niekrystalicznych motywach, natknęli się w Jerozolimie na księcia Lalibellę, który... nie pochodził z dynastii Salomonidów i nie przypadkowo przebywał na wygnaniu. Co było dalej? W 1185r. książę Lalibella opuścił Jerozolimę i powrócił do Etiopii, gdzie pozbawił tronu swojego brata Harbaja i objął władzę. Z jakich szeregów zwerbowana została jego zwycięska armia? Znów wszystko wskazuje na to, że w powrocie do władzy wspomogli go właśnie templariusze... To tutaj poprowadziły ich ślady, które zgromadzili i to tutaj z dużym prawdopodobieństwem dotarli. Mówią o tym etiopskie przekazy, które wspominają, że Arkę nosili ludzie o jasnych włosach. Wygląda więc na to, że prawdziwy cel Zakonu został prawie osiągnięty.
Natychmiast po powrocie, książę Lalibella, rozpoczął budowę szeregu okazałych świątyń. Wyciosane zostały w czerwonej okrywie skalnej, a dokładniej w tufie wulkanicznym, stosunkowo łatwym w modelowaniu. Legenda mówi, że świątynie zbudowali aniołowie [w innych tekstach określani po prostu jako "biali mężowie"], którzy pomagali Lalibelli nocą, podczas gdy on z legionem robotników pracował we dnie. Ponoć budowa wszystkich 12 świątyń trwała zaledwie 24 lata. Poniżej najokazalsza z nich:

źródło zdjęcia: www.glittersnipe.com
źródło zdjęcia: www.diretube.com
I tutaj cała układanka zatacza koło. W europejskich kronikach odnotowano, że w 1306r. do Awinionu, ówczesnej siedziby papieża Klemensa V, zawitała grupa posłów z Etiopii. Zwróćcie uwagę, że jest to data, poprzedzająca zaledwie o jeden rok, pamiętne aresztowania templariuszy. Jest to już zresztą przeszło wiek po śmierci księcia Lalibelli. Templariusze, którzy przybyli wraz z księciem do Etiopii również już zapewne nie żyli, ale zgodnie z hierarchią Zakonu pojawili się ich następcy. Dla ówczesnych władców Etiopii i przypuszczalnych Strażników Arki, Zakon Templariuszy i jego potęga zaczęły stawać się niewygodne i groźne. Prawdopodobnie zaczynali domyślać się, a być może nawet było to już oczywiste, że templariusze zamierzają sprowadzić Arkę do Europy, co było absolutnie nie do pomyślenia i nie do zaakceptowania. Pomysł ostrzeżenia europejskich władców przed ryzykiem jakie niosła za sobą Arka i władzą, jaką dawała jej posiadaczom, wydawał się trafiony w dziesiątkę. Nie ma co prawda dowodów, ani zapisków mówiących, że taki właśnie był cel etiopskiej delegacji, jednak rok później Zakon Templariuszy we Francji przestał istnieć za sprawą papieża Klemensa V i króla Filipa IV.
A co z Graalem? Otóż właśnie motyw poszukiwania Świętego Graala pojawił się po raz pierwszy w poematach w 1182r., a więc w interesującym nas okresie. Natomiast między 1195r. a 1200r. Wolfram von Eschenbach zaczął pisać sławnego "Parzivala", w którym, co nie jest powszechnie podkreślane, Graal jest kamieniem, a nie kielichem, co z kolei może przypominać tradycyjne taboty (wyobrażenia Arki Przymierza) rozpowszechnione w etiopskich kościołach. Podobieństw między Graalem a Arką jest więcej. Nie należy jednak odczytywać ich literalnie, lecz raczej między wierszami.
źródło zdjęcia: parzival.wikispaces.com
Graal w poemacie von Eschenbacha, roztaczał wielką jasność, był z czystego złota wysadzany drogimi kamieniami, zdarzało mu się prorokować oraz objawiać "niebiańskie pismo", kojarzono go również z kamieniem, który znieśli z nieba Aniołowie (co sugeruje kawałek meteorytu).
Wszystkie te cechy odnajdywali badacze Starego Testamentu również w Arce Przymierza. Ciekawostką jest również kojarzenie w powszechnej świadomości Graala z Maryją Matką Jezusa przez krew właśnie. Motyw ten nie znalazł miejsca w "Parzivalu". Przyjęło się jednak twierdzić w kolejnych wersjach legendy, że Graal zawierał świętą krew Chrystusa. Maryja, nosząc Chrystusa w swoim łonie, również była niejako naczyniem z Jego krwią. Co ciekawe natomiast, w XVI wiecznej litanii loretańskiej, Maryja określana jest mianem "arca foederis", co po łacinie znaczy "Arka Przymierza".

W tym naprawdę telegraficznym skrócie, udało mi się zaledwie nakreślić w bardzo ogólnym zarysie, czas akcji i wynikające z niego korelacje. Jednym z ciekawszych elementów tej książki jest wskazanie powiązania pomiędzy Mojżeszem, a starożytną wiedzą, którą wyniósł z Egiptu. Być może jeszcze kiedyś wrócę do tego wątku. Nie mogę jednak streścić całej książki z najdrobniejszymi szczegółami, ponieważ tych szczegółów i wątków, które podjął Hancock jest zbyt dużo. Nie to zresztą było moim zamiarem. Chciałabym jednak zaznaczyć, że cała ta historia jest naprawdę bardzo solidnie udokumentowana. Hancock jest bowiem typem dziennikarza i badacza, który nie poprzestaje na stawianiu pytań, lecz również na szukaniu odpowiedzi przy wykorzystaniu wszystkich dostępnych mu możliwości. 
Nie wiemy, czy Arka faktycznie znajduje się w Etiopii. Wszystko wskazuje jednak, że najprawdopodobniej tam była. Film dokumentalny, który pokazuje miejsce spoczynku Arki i spotkanie ze strzegacym jej Strażnikiem, nie rozwiewa naszych wątpliwości. Jedno jest jednak pewne: nie nadeszły jeszcze czasy, w których bezpiecznym byłoby ujawnienie Arki . Chętnych do wykorzystania jej mocy znalazłoby się z pewnością zbyt wielu. Chyba naprawdę najlepiej byłoby, aby zniknęła wśród chmur w gromach błyskawic, tak jak pokazał to Spielberg :)

Post napisany został na podstawie książki pt. "Znak i Pieczęć. W poszukiwaniu Arki Przymierza" Grahama Hancocka.