Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Słowianie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Słowianie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 13 grudnia 2019

Świętowanie przesilenia zimowego a 13 grudnia i tzw. Dzień Świętej Łucji



TUTAJ LINK 
do przepięknej, audiowizualnej aranżacji związanej z tym dniem, 
przedstawionej i zmieszczonej na YouTube 
przez szwedzką artystkę i vlogerkę Jonnę Jinton

Coroczne obchody Dnia Świętej Łucji w dniu 13 grudnia kojarzą się w kulturze masowej głównie ze Szwecją, choć naturalnie nie tylko tam mają miejsce. Najbardziej znanym obrazem kojarzącym się z tym świętem jest celebrowany w ciemności pochód młodych dziewcząt ubranych na biało w charakterystycznych wiankach ze świecami na głowie.

Oczywiście święta Łucja nie ma z tym zbyt wiele wspólnego poza tym, że wspominać ją można wyłącznie jako młodą kobietę. Jak większość świętych, zwłaszcza tych z początków chrześcijaństwa, zeszła z tego świata w tragicznych okolicznościach.

Nie jestem jednak pewna czy wielu Szwedów zdaje sobie sprawę z tego, jakie są prawdziwe korzenie tego święta, a zwłaszcza jego obrzędów. A może się mylę?

Misjonarze chrześcijańscy aktywizowali się na terenach Skandynawii mniej więcej w XV wieku. Zastali tam pewne obrzędy o charakterze pogańskim, w tym właśnie obrzędy przesilenia zimowego. W tym momencie nikogo już pewnie nie dziwi skąd te świece i nocne pochody dziewcząt ubranych na biało. Musiało to wyglądać zjawiskowo. Mało tego, ludzie nie chcieli zrezygnować ze swojej tradycji, a po krwawym treningu z terenów słowiańskich, chrześcijaństwo nabrało pewnej mądrości systemowej i zrozumiało, że łatwiej jest zmieniać etykietki niż krwawo i do gołej ziemi czyścić teren pod nowy kult. To dlatego dzień 13 grudnia dostał nową etykietkę i świętą Łucję za patronkę – oślepiona młoda kobieta miała nasuwać skojarzenie z dziewczętami które niosą światło w głębokim mroku.

Teraz jeszcze pozostaje pytanie, dlaczego w Skandynawii, przesilenie zimowe obchodzono 13 grudnia? Może kogoś to zdziwi, ale było tak nie tylko tam. Wygląda jednak na to, że to tam pozostała pewna pamięć dłużej i w większej niż gdzie indziej skali. Być może właśnie dlatego, że aktywizacja misjonarska dotarła tam stosunkowo późno.

Do tego jednak dołączyła pewna bardzo istotna okoliczność - korekta i zmiana kalendarza. Od 5 października 1582 roku wprowadzono kalendarz gregoriański, zastępując dotychczasowy kalendarz juliański, który rozjechał się nieco ze zjawiskami przyrodniczo-astronomicznymi. Wikipedia opisuje to w ten sposób:

„Zreformowany kalendarz pomijał 10 dat dni od 5 do 14 października, tak aby dzień równonocy wiosennej ponownie przypadał 21 marca. W roku 1582 dzień 4 października był tak samo oznaczony zarówno w kalendarzu juliańskim jak i gregoriańskim. Natomiast dzień następny był oznaczony jako 5 października kalendarza juliańskiego i jako 15 października kalendarza gregoriańskiego. Wtedy powstała różnica 10 dni w datowaniach tych kalendarzy." [źródło: Wikipedia

Krótko mówiąc. Jeśli w 1580 roku 13 grudnia był dniem przesilenia zimowego, to w 1582 roku dzień przesilenia zimowego przypadał na 23 grudnia. Innymi słowy: Dzień Świętej Łucji pozostał przy dacie 13 grudnia, ale od końca XVI wieku data 13 grudnia nie oznaczała już dnia przesilenia zimowego.

Oczywiście mocno uprościłam ten post. Chodziło mi głównie o wskazanie bezpośredniego powiązania między tą zjawiskową tradycją a przesileniem zimowym, do którego nawiązuje, choć na pierwszy rzut oka nie wiadomo dlaczego. O nakładaniu nowych etykiet na stare tradycje i obyczaje można pisać niekończące się eseje i wielu to już zrobiło. Na ten temat nie znalazłam jednak zbyt wielu informacji.

Na  koniec dodam jeszcze pewną ciekawostkę, w której być może również dostrzeżecie pewną analogię. Wikipedia donosi, że: 
„Z 13 grudnia związany był też zwyczaj przepowiadania pogody na cały następny rok. Każdy z dwunastu dni, jakie pozostały do świąt, przynosił pogodę dla kolejnych miesięcy nadchodzącego roku." [źrodło: Wikipedia
Nie wiem jak było w waszych domach, ale mi, zwyczaj ten jest znany w innej wersji - tzn liczony jest właśnie od 24 grudnia, a więc znów błędnie w sensie dosłownym, ale widać próbę korekty i zbliżenie tego dnia startowego do dnia realnego przesilenia zimowego.

I jeszcze post scriptum: Łucja → Lucy → lucis → niosący światło → Lucyfer

Jak widać, etykiety były nakładane z pełną świadomością...

piątek, 25 kwietnia 2014

O tym, czego nas nie uczą w szkole o Słowianach

Ciężko jest zabrać się do tego posta, zwłaszcza po tak długim milczeniu. Przede wszystkim jednak dlatego, że nie bardzo wiem od czego zacząć, a opisać to wszystko co pochłonęło mnie ostatnimi czasy i co obudziło we mnie nuty znane a dotychczas uśpione - zwyczajnie nie sposób. Jedno jest pewne - im dalej się szuka, tym bliżej się znajduje... 

Nawet jeśli wiecie o historii Polski bardzo mało, to z całą pewnością wiecie przynajmniej tyle, że po II Wojnie Światowej, nasza zachodnia granica znalazła się na Odrze i Nysie Łużyckiej, a cała komunistyczna propaganda skupiła się na podkreślaniu polskości Szczecina, Wolina, Kołobrzegu czy Wrocławia. Tak zwane Ziemie Odzyskane stanęły otworem dla tych, których miasta i wsie rodzinne nagle znalazły się w granicach Związku Radzieckiego. Mimo tego jednak, że od II Wojny Światowej minęło prawie 70 lat, to ci, którzy na tych ziemiach mieszkają, ciągle czują się tak jakby czas świetności tych ziem skończył się w momencie gdy wypędzono z nich Niemców. Oglądamy stare, przedwojenne widokówki i porównujemy, jak zmieniły się na przestrzeni lat miasta, wsie i miasteczka, w których mieszkamy, a w których jeszcze 80 lat temu mieszkali Niemcy. Do dziś wielu szczecinian, wzrusza pogardliwie ramionami, gdy mówi się o polskości Szczecina.  

Czego więc zabrakło w całym systemie edukacyjno-propagandowym, że wielu z nas, poza zasłyszanymi gdzieś, luźnymi informacjami, nie uświadamia sobie, że tereny aż po Łabę zajmowali Słowianie. Dlaczego myśląc o czasach Mieszka I nie uzmysławiamy sobie tych faktów? Pewnie dlatego, że cały czas tkwimy w granicach wyznaczanych przez państwa a nie narody. A tymczasem sami zobaczcie na mapie niżej, dokąd przeszło 1000 lat temu sięgali Słowianie. Związek Wielecki obejmuje nieistniejący jeszcze Berlin, a Obodrzyci i Wagrowie sięgają aż Półwyspu Jutlandzkiego. Wierzyć się nie chce, prawda ? Zresztą... kto z nas, kończąc szkołę słyszał cokolwiek o Wieletach, Redarach, Ranach, Arkonie...? W szkołach nie uczą historii; uczą historii państwowości - czy uświadomienie sobie tego nie jest dla was przerażające...? 



Słowianie tymczasem nie tworzyli państw, dlatego ich/nasze dzieje znamy dopiero od 966r. - daty, która dla tych terenów nie była żadnym błogosławieństwem. Przyniosła bowiem jarzmo niechcianej religii. Chrzest Polski, to pierwsza data z dziejów Polski, o jakiej uczymy się w szkolnych podręcznikach - przed nią jakby nic na tych terenach nie istniało. Jak to się stało, że z początkiem n.e. Cesarstwo Rzymskie ruszyło na Wyspy Brytyjskiej, a nie połakomiło się na dużo żyźniejsze i bardziej przyjazne klimatem ziemie leżące nad Bałtykiem? Dziwne prawda? A czy nie jest równie dziwne, że tak ogromny teren nie ma udokumentowanej swojej historii sięgającej poza 966 rok ? Wiele jest takich znaków zapytania, gdy zaczyna się studiować tę tematykę. Dlatego dziś, po tej długiej przerwie, zamiast opowieści o tajemnicach odległych czasów i miejsc, przypomnę lub przedstawię wam historię stosunkowo niedawną, a jednak mało znaną. 


"Księstwo polańskie, a jak w mowie potocznej coraz częściej powiadano: polskie, ograniczała od północy rzeka Noteć, od wschodu Prusowie i Jadźwingi, od południa kraj Wiślan i Śląsk, od zachodu, Wieleci i Łużyczanie. Na tym obszarze leżały ziemie Polan (właściwa kolebka państwa, zwana później Wielkopolską), Kujawian, Łęczycan, Mazowszan. Rządzili tym państwem od wieku książęta mówiący o sobie, że pochodzą z rodu kołodzieja Piasta. Obecnie panował tam Mieszko, rozumny, przewidujący i zachłanny książę. Posiadał świetną drużynę bojową, trzy tysiące wojów. Żupy i grody dostarczały naznaczonej liczby tarczowników i czeladzi. Z taką siłą nie obawiał się nikogo. Budował warowne grody. Kupcy arabscy i greccy, wędrujący dawnym rzymskim szlakiem przez Bramę Morawską na Kalisz, po bursztyn, płaty lniane, miód lub na północ po futra, opowiadali z uznaniem o potędze Mieszki i nazywali go „królem północy". Żyd hiszpański z Tortosy, Ibrahim ibn Jakub pozostawił opis zamożnej Polski Mieszkowej (...)" [Troja Północy, Zofia Kossak, Zygmunt Szatkowski, wyd. 1960r. str.53-54]
Świątynia Radogosta - Wsiewołod Iwanow
„Słowianie są skorzy do zaczepki i gwałtowni, i gdyby nie ich niezgoda wywołana mnogością szczepów, żaden lud nie zdołałby im sprostać w sile. Zamieszkują oni krainy najbogatsze w plony i najzasobniejsze w środki żywności. Oddają się ze szczególną gorliwością rolnictwu... w czym przewyższają wszystkie ludy Północy. Handel ich dociera lądem i morzem do Rusów i do Konstantynopola... We wszystkich krajach Północy głód nie powstaje wskutek braku opadów i długotrwałej suszy, lecz z powodu częstych deszczów i nagromadzenia wody gruntowej. Suszy nie boją się wcale, a to z powodu wilgotności ich krajów i wielkiego zimna. Sieją w dwóch porach roku, późnym latem i na wiosnę, i zbierają dwa zbiory [więc trójpolówka?]. Najwięcej sieją prosa. Zimno jest dla nich zdrowe, nawet gdy jest bardzo wielkie, a gorąco zgubne... Unikają spożywania kurcząt... jedzą natomiast mięso krowie i gęsie, bo im to służy. Ubierają się w szaty przestronne, tylko przy napięstku obcisłe... Większość ich sadów to jabłonie, grusze i brzoskwinie. W nich żyje dziwny ptak o ciemnozielonawym odcieniu, który powtarza głosy ludzi i nazywa się po słowiańsku sb'a [szpak]. I żyje w nich kura dzika, która się zowie po słowiańsku tietra [cietrzew] o smacznym mięsie... Ich wino i napoje upajające to miód... Kraje Słowian są najzimniejsze ze wszystkich krajów. Najtęższy mróz bywa u nich, gdy noce są księżycowe, a dnie pogodne. Ziemia wtedy kamienieje i marzną wszelkie płyny".  [Ibrahim ibn Jakub, Relacja z podróży do krajów słowiańskich]
"Na zachód od tego miasta mieszka pewien szczep należący do Słowian, zwany ludem Welteba [Weleci]. (...) Posiadają oni potężne miasto nad Oceanem [Bałtykiem], mające dwanaście bram. Ma ono przystań, do której używają przepołowionych pani. Wojują oni z Mieszkiem, a ich siła bojowa jest wielka. Nie mają króla i nie dają się prowadzić jednemu władcy, a sprawującymi władzę wśród nich są ich starsi." [Ibrahim ibn Jakub, Relacja z podróży do krajów słowiańskich]
"Jest w kraju Redarów pewien gród o trójkątnym kształcie i trzech bramach doń wiodących, zwany Radogoszcz, który otacza zewsząd wielka puszcza, ręką tubylców nietknięta i jako świętość czczona. Dwie bramy tego grodu stoją otworem dla wszystkich wchodzących, trzecia, od strony wschodniej, jest najmniejsza i wychodzi na ścieżkę, która prowadzi do położonego obok i strasznie wyglądającego jeziora. W grodzie znajduje się tylko jedna świątynia, zbudowana misternie z drzewa i spoczywająca na fundamencie z rogów dzikich zwierząt. Jej ściany zewnętrzne zdobią różne wizerunki bogów i bogiń — jak można zauważyć, patrząc z bliska — w przedziwny rzeźbione sposób; wewnątrz zaś stoją bogowie zrobieni ludzką ręką, w straszliwych hełmach i pancerzach każdy z wyrytym u spodu imieniem. Pierwszy pośród nich nazywa się Swarożyc [lub Radogost] i szczególnej doznaje czci u wszystkich pogan. Znajdują się tam również sztandary, których nigdzie stąd nie zabierają, chyba że są potrzebne na wyprawę wojenną, i wówczas niosą je piesi wojownicy." [Kronika Thietmara, wyd. Universitas 2012, str. 130-131]
Gdy Mieszko I przyjął chrzest i uznał religię chrześcijańską za obowiązującą w jego państwie, nie wszyscy książęta byli zachwyceni takim obrotem spraw. Mimo tego podkreślanego stale faktu, że uczynione to zostało za sprawą słowiańskich przecież Czechów, religia ta i wszystkie związane z nią obowiązki, niezmiennie kojarzone były z Niemcami. Najbardziej oporni w przyjęciu nowej religii byli właśnie Słowianie Połabscy, czyli ci, którzy do Niemców mieli najbliżej i którzy nieustannie z nimi wojowali. To dlatego państwo Mieszka I kończy się umownie właśnie na Odrze - Święty Związek Czterech Plemion (Wieleci) pozostał przy wierze przodków. Być może, z racji bliskości Niemców, rozumieli bardziej niż Mieszko, że przyjęcie nowej religii oznaczać będzie koniec wolności, a może po prostu nie uświadomili sobie ducha czasów i dlatego niewielu dziś o nich słyszało...? Patrząc na ich dzieje, odnosi się wrażenie, że spalili się we własnym ogniu. Coś dziwnego było w tych sojuszach kierujących się raz w stronę Sasów przeciwko Mieszkowi, a raz w stronę Polan przeciwko Sasom. Mimo tego braku jednolitego kierunku działań, pozostali bastionem starej wiary chyba najdłużej ze wszystkich plemion Słowiańskich.

Jeszcze bardziej na zachód własne tereny mieli też Obodrzyce (patrz mapka wyżej).
"Książę Nakon, brat Stojgniewa, poległego nad Raksą, zasłynął jako zjednoczyciel plemion obodrzyckich, czym znacznie wzmocnił swe państwo. Jednym z jego następców był Billug, o którym wypada szerzej opowiedzieć. Książę ten tym się różnił od reszty Połabian, że miast nienawidzieć chrześcijaństwa, ciekawił się tą nauką, jak gdyby nie wiedząc, że to przynęta niemiecka. Słuchał chętnie zakonników ze starogardzkiego klasztoru, odwiedzających nieraz jego dworzec. Byli to ludzie cisi, bezorężni, podobniejsi do uczniów św. Metodego niż do wojowniczych biskupów. Nigdy na dworcu książęcym nie słyszano równie pięknych opowieści jak te, które oni snuli opowiadając o swoim Bogu, aniołach i Świętych. Dodawali również (szczerze prawili, wierząc, że tak jest istotnie), iż przyjęcie chrześcijaństwa przyniosłoby księciu i jego krajowi ogromne korzyści. Wszyscy chrześcijanie są braćmi, dziećmi jednego Ojca Przedwiecznego, więc z momentem chrztu znika różnica między Słowianinem a Sasem. Pokój, wzajemna życzliwość zajmują miejsce dotychczasowej wrogości. Wiara prawdziwa to błogosławieństwo dla całego kraju.Póty mówili, aż wielki książę (choć nie dziecko przecie!) uwierzył ich słowom i został chrześcijaninem. Nie wiemy, jak go wołały ojce słowiańskie. Obce imię Billuga otrzymał dopiero na chrzcie. Nadał mu je biskup na pamiątkę pogromcy Słowian, komesa Hermanna Billinga. A tak, już na progu nowej wiary, naznaczono nowochrzczeńca piętnem służebnictwa.Szemrali, burzyli się poddani na postępek książęcy, na to imię niemieckie, na odstępstwo starych bogów. Gdyby Billug był księciem Wieleckim obieranym przez wiecowników, wiec pozbawiłby go tronu, lecz u Obodrzyców władza książęca była dziedziczna i nietykalna. Szemrali tym więcej, że nie sprawdziło się nic z pięknych zapowiedzi mnichów, ciężar zaś dziesięcin, jakie książę musiał płacić Kościołowi, okazał się ponad siły poddanych." [Troja Północy, Zofia Kossak, Zygmunt Szatkowski, wyd. 1960r. str.69] 
„Składano biskupowi z całej ziemi Wągrów albo Obodrzyców roczną daninę, która miejsce dziesięciny zastępowała, a mianowicie od każdego pługa miarę zboża, zwaną po słowiańsku kuritze [korzec], czterdzieści motków lnu i dwanaście sztuk pieniędzy czystego srebra. Prócz tego jeden pieniądz dla tego, który daninę wybierał. Słowiański zaś pług oznaczał to samo, co para wołów lub jeden koń." [Helmold, Kronika Słowian]
"Były to wielkie i niegodziwe ciężary. Niezależnie od nich lud płacił przecież wysokie daniny na utrzymanie książęcego dworu i wojska. A teraz biskupia danina: któryż rolnik mógł dać dwanaście sztuk srebra od pługa? Któryż rolnik posiadał srebro w ogóle? W braku pieniędzy poborca biskupi przeliczał należną sumę na zboże, płótno, skóry, miód, wosk albo trzodę. Przeliczał dowolnie i kończyło się zazwyczaj tym, że poborca odchodząc, zabierał wszystek dobytek rolnika. Nie mieliż ludzie narzekać, przeklinać książęcego odstępstwa? Ileż łaskawsze były stare bogi i żerce w lnianym odzieniu zadawalniające się tym, co ludzie przynieśli! Udręczeni rolnicy chodzili skarżyć się do świętego gaju." [Troja Północy, Zofia Kossak, Zygmunt Szatkowski, wyd. 1960r. str.70]  
Iwan Szyszkin 


„...obaczyliśmy między drzewami potężne dęby poświęcone bogu ziemi starogardzkiej [wagryjskiej] Prowemu, otoczone dziedzińcem. Dziedziniec opasywał parkan starannie z drzewa zbudowany, posiadający dwie bramy. ...to miejsce było świętością... Tam... lud tego kraju z kapłanem i księciem zbierali się zwykle na sądy. Wejście na dziedziniec było wszystkim zabronione, wyjąwszy kapłana i przynoszących ofiary lub tych, co byli w niebezpieczeństwie śmierci. Takim nigdy schronienia nie odmawiano. Taką zaś wielką cześć mają Słowianie dla swych bogów, że obrębu świątyń nawet w czasie wojny krwią kalać nie pozwalają. Na przysięgę z trudnością się godzą w obawie, by przez krzywoprzysięstwo nie ściągnąć na siebie gniewu bogów... Słowianie... pomiędzy różnokształtnymi bogami, którym poświęcają pola, lasy, smutki swe i radości, wyznają także, że jest jeden Bóg, który w niebie innymi bogami rządzi... że inni wykonują tylko poruczone im obowiązki, że z jego krwi pochodzą i że każdy tym jest wyższy, im jest bliżej owego boga bogów." [Helmold, Kronika Słowian]
"Gdy bezlitosny poborca niemiecki opróżnił chlewy i gumna, po czym obrabowanym kazał ucałować krzyż, burzyła się w nich krew, zaciskały pięści. To nie byli barankowie zastrachani. Helmod kronikarz pisał o tym ludzie: „Aldenburg, który w języku słowiańskim Starogard, czyli stary gród, się nazywa, leży w ziemi Wągrów... To miasto, czyli kraj, był zamieszkały przez najdzielniejszych mężów słowiańskich... Miał za sąsiadów saskie i duńskie ludy i wszystkie wzajemne napady bądź sam naprzód czynił, bądź na sobie je przyjmował." Najdzielniejsi męże w gaju Prowego przykładali palące dłonie do kory, pokrywającej pokracznie skręcone pnie, i przysięgali zemstę." [Troja Północy, Zofia Kossak, Zygmunt Szatkowski, wyd. 1960r. str.71] "Ubodzy, cisi zakonnicy, którym zawierzył Billug, przestali odwiedzać dworzec książęcy. Za to pełno w nim było sług biskupich, podglądających, czy książę nie składa bogom obiaty, albo nie jada końskiego mięsa, o co oskarżała go żona. (Spożywanie koniny, należące do rytuału uroczystości pogańskich, było przez Kościół surowo zabronione i karane na równi z łamaniem postu.) Plemienni rodowcy i dawni druhowie Billuga odsunęli się od niego." [Troja Północy, Zofia Kossak, Zygmunt Szatkowski, wyd. 1960r. str.72]  
Przyjęcie chrześcijaństwa na nic się nie zdało obodrzyckiemu księciu Billugowi - więcej miał z tego kłopotów niż zysków. Niemieckim obietnicom dał się również zwieść jego syn Mściwój, który ze swoją wielką jak na owe czasy drużyną tysiąca wojów, ruszył wraz z cesarzem do Kalabrii, aby odbić ją muzułmanom. Przyobiecana "ręka księżniczki" nie czekała jednak na niego po powrocie, tym bardziej, że z tysiąca wojów powróciło zaledwie kilkudziesięciu. 
"Obrażony książę Mściwoj wzywa starszyznę. Mówi o doznanej zniewadze. To zniewaga całego plemienia. Żąda, by mu pomogli ją pomścić. Lecz słuchacze pozostają obojętni. „Sam tego chciałeś — powiadają — ulubiłeś sobie ród Sasów wiarołomny i chciwy. Słusznie teraz cierpisz." Nie znajdzie książę posłuchu wśród swoich, a zniewaga piecze. Co czynić? Wieleci nie cierpią Sasów. Wprawdzie między Wieletami a Obodrzycami częściej panuje nieprzyjaźń niż dobre stosunki, szczególnie obecnie, po przyjęciu chrześcijaństwa przez Billuga, lecz Mściwoj na to nie zważa. Udaje się do Redarów, choć przejmuje go lęk. Został chrześcijaninem, a świątynia Swarożyca to nie gaj Prowego, gdzie wiatr szumi wśród gałęzi, zaś świętego obrębu krwią kalać nie wolno. To Radogoszcz. (...)
Swaróg - Igor Ożiganow

U Wieletów o wszystkim postanawia wiec. W obliczu zwołanego wiecu książę obodrzycki opowiada swoją sprawę, wzywa do walki z Niemcami. Przypomina krzywdy i łupiestwo, przedstawia korzystne okoliczności, klęskę cesarza w Italii. Był tam, widział uchodzące, przerażone niedobitki! Jeżeli kiedy uderzyć, to teraz. Wiecownicy, kapłani, słuchają w milczeniu. O, ich nie trzeba zagrzewać do boju! Dla Redarów, Doleńców, Czrezpienian, Chyżan, nie masz piękniejszej pobudki nad zawołanie: Bij Niemców! Rozumieją korzyści obecnego położenia. Lecz milczą, bo nie ufają Mściwojowi. Niech wpierw zaprzysięgnie, że do chrześcijaństwa nigdy nie powróci. Bez wahania książę czyni, czego żądają. Wypiera się Chrystusa i Bogarodzicy, składa ofiarę przed posągiem Swarożyca. Przysięga na świętą ziemię, święty ogień, świętą wodę. Wtedy dopiero Redarowie wśród radosnej wrzawy wynoszą znaki bojowe z ciemnego wnętrza świątyni. Odstępca oddycha z ulgą.— Precz z Niemcami! Wyżenąć Niemców! Precz z chrześcijaństwem! To hasło leci lotem błyskawicy nad krajem. Nie ma radia, nie ma prasy, więc jak się rozchodzi? Wiatr je powtarza? Drzewa powtarzają, że Chrystus obalon, wrócą stare bogi? Jak by pękły tamy wstrzymujące powódź, jak by pożar ogarnął wysuszony bór — cały kraj staje na nogi. Dość, zadość ucisku, zdzierstwa, krzywdy, pomiatania! Dosyć przemocą narzuconej wiary! Wyżenąć Sasów! Szaleństwo ogarnia głowy, W każdym grodzie rzwą rogi bojowe, z każdego siodła wychodzą męże zbrojni w topory i maczugi. We wspólnym froncie łączą się wszystkie plemiona. Nawet Czesi rzucają się przeciw Niemcom, zdobywając Żytyce (dzisiejsze Zeitz). Ze wszystkich ludów połabskich tylko Łużyczanie i Serbowie nie biorą w powstaniu udziału. Reszta jak wezbrana rzeka wali na zachód, mordując po drodze wszystko co niemieckie. Zabijają Bogu ducha winnych księży i braci zakonnych. Palą kościoły, burzą klasztory, obalają biskupstwa, w grodach dzierżonych przez Sasów nie zostawiają przy życiu nikogo z załogi. Darmo przerażeni Teodoryk i Bernard usiłują stawić lawinie czoło, ściągają zewsząd oddziały. Próżne zabiegi. Sasów ogarnia panika. Pierzchają, a dowódcy z nimi." [Troja Północy, Zofia Kossak, Zygmunt Szatkowski, wyd. 1960r. str.74-77]  

Zaczęła się ta zbrodnia 29 czerwca [983r.]od wyrżnięcia załogi w Hobolinie i zniszczenia tamtejszej katedry. W trzy dni potem zjednoczone siły Słowian napadły, w chwili gdy dzwoniono na jutrznię, na katedrę brenneńską, która została założona trzydzieści lat wcześniej od magdeburskiej. Jej trzeci z kolei pasterz Folkmer uratował się na czas ucieczką, jej zaś obrońca Teodoryk wraz z rycerstwem ledwie uszli tegoż dnia przed wrogiem. (...) Cały skarb kościelny został rozgrabiony i wiele krwi się polało w sposób pożałowania godny. Zamiast Chrystusowi i jego zacnemu rybakowi Piotrowi zaczęto oddawać cześć różnym bożkom z diabelskiej herezji poczętym i tę żałosną zmianę pochwalali nie tylko poganie, lecz także chrześcijanie. W tym czasie wojska czeskie pod wodzą księcia Dedi zajęły i złupiły biskupstwo w Żytycach, wypędziwszy stamtąd pierwszego biskupa, Hugona. Po tych wypadkach Słowianie zniszczyli klasztor Św. Wawrzyńca w grodzie Kalbe, a następnie ścigali naszych, uciekających jak pierzchliwe jelenie. Nasze bowiem grzechy przydawały nam strachu, a im męstwa. Książę Obodrzyców Mściwoj spalił i spustoszył Hamburg, gdzie niegdyś była siedziba biskupia. (...) Gdy już wszystkie miasta i wsie aż do rzeki zwanej Tongerą padły ofiarą niszczycielskiego ognia i rabunku, nadciągnęło od strony Słowian więcej niż trzydzieści pieszych i konnych oddziałów, które z pomocą swoich bożków, przy dźwięku poprzedzających je rogów, nie zawahały się przed spustoszeniem reszty, same nie ponosząc żadnej straty." [Kronika Thietmara, wyd. Universitas 2012, str.50-51]
"Zwycięstwo ich jest całkowite, lecz nie będzie długotrwałe. Osiągnęli cel, wyparli Niemców za Łabę za Limes Sorabicus, naznaczoną niegdyś przez Karola Wielkiego. Cóż zdawałoby się ważniejszego teraz, jak nie dopuścić, by nieprzyjaciel tę linię przekroczył znowu? Gdybyż w upojonym powodzeniem tłumie znalazł się jeden mąż na miarę polańskiego Mieszka! Jeden wódz, co by umiał przewidywać! Gdyby wtedy w r. 983 zwycięskie plemiona słowiańskie przyjęły chrzest od Czech lub Polski, a brzegi Łaby zmieniły w obóz warowny! Jakże inaczej potoczyłyby się dzieje! Lecz to nie przychodzi im do głowy. Wypędzili wroga i zadowoleni wracają do domów, by tam podejmować zwyczajne swe sąsiedzkie spory. Tak kończy się pierwsze wielkie powstanie pogańskie Słowian." [Troja Północy, Zofia Kossak, Zygmunt Szatkowski, wyd. 1960r. str.80]  
W ten sposób podsumowała jedną ze swoich opowieści Zofia Kossak. Nie podoba mi się ta konkluzja, ale czytając cytowaną wyżej książkę, szybko zorientowałam się, że podobnie tendencyjnych wniosków będzie w niej całe mnóstwo. Niemniej jednak jest to naprawdę wyjątkowe dzieło. Czytam te historie, odkrywając nieznane mi zupełnie dzieje tych ziem. 

niedziela, 18 sierpnia 2013

Obiecałam legendę, a więc czas na morskie opowieści.

Od momentu, gdy jakiś czas temu przeczytałam przepiękną powieść pt. "Mgły Avalonu" Marion Bradley, a następnie zanurzyłam się w świat Białej Bogini Roberta Graves'a, mam wrażenie, że wszędzie widzę elementy zapomnianego kultu, w którym wszechobecne niegdyś kapłanki Bogini otaczano czcią. Nie była to pierwsza książka, która wskazała mi na ten właśnie brakujący element dziejów ludzkości, ale pierwsza, która uczyniła to tak spójnie i przekonująco, zbierając wszystkie porozrzucane okruchy w jedną całość. Oczywiście "Mgły Avalonu" nie są książką naukową; to wyłącznie fascynująca fabuła oparta o legendę i kilka potwierdzonych historycznie faktów. Jednak mam wrażenie, że powieść "przyszła" do mnie w odpowiednim momencie, a wszystko, co zebrałam potem było już wręcz lawiną obrazów i tekstów. 
Odczucia, o których wspominam, naszły mnie również, gdy na nadmorskim deptaku, czytałam legendę o Juracie. Królowa Bałtyku Jurata jest bohaterką wielu morskich opowieści - jest zarówno wrażliwa, łagodna i mądra, jak i kapryśna, zazdrosna i porywcza. Wypisz wymaluj przypomina boginie z greckich mitów, nieprawdaż? Zapominamy, że i Słowianie mieli swoich kapryśnych bogów i boginie. Oceńcie zresztą sami, czy opowieść ta nie nawiązuje do czasów, w których matriarchalne wspólnoty traktowano z należytym szacunkiem? 

Zapraszam do krainy baśni i legend ;)

_____________________________________________________________

LEGENDA O JURACIE

Od dawien dawna prowadził przez ziemię polską handlowy szlak zwany ,,bursztynowym". W pierwszych wiekach naszej ery przybywali tu kupcy rzymscy po bursztyn, zwany wówczas jantarem, który często ceniony był wyżej niż złoto. Jeszcze przed panowaniem księcia Mieszka I i jego syna króla Bolesława Chrobrego zaczęli przyjeżdżać kupcy z Dalekiego Wschodu. Od XV w. zasłynęły w ówczesnym świecie gdańskie wyroby z bursztynu.
Przez długie wieki wspomagał on rybaków w latach „chudych", kiedy sieci bywały puste, a szalejące wichry zalewały brzegi, niszcząc łodzie i sieci, a czasem i niejedną rybacką checz. Zbierane wtedy okruchy tego złocistego morskiego kamienia, wyrzucanego przez fale z dna Bałtyku, znajdowały chętnych nabywców, jednych bogacąc, ratując innych od widma głodu. Ale ludność nie wiedziała, skąd się ,,to cudo" bierze. Wierzono, że dzieje się to za sprawą walki dobrych duchów ze złymi. I tak powstała baśń o pięknej Juracie i zemście boga Perkuna. 


Na dnie Bałtyku, w okolicach dzisiejszego Półwyspu Helskiego, miała swój piękny złocisty pałac królowa boginek morskich Jurata. Była to dobra królowa. Nie pozwalała boginkom swawolnymi psotami wyrządzać żadnej szkody rybakom. Choć pracowali ciężko, byli biedni, połowy mieli skromne i głód często zaglądał do ich checzy. A były one nędzne, bez okien, okopcone dymem wydobywającym się przez dziurę w dachu z tlącego się dzień i noc ogniska. 
Pewnego razu królowa zapragnęła pokazać swoim dworkom ciężką pracę rybaków. Opuściła więc swój wspaniały zamek i ukryła się z nimi w kępie nadmorskich krzewów w pobliżu miejsca, skąd zwykle wyruszali na połów.
— Spójrzcie — rzekła — przed rozpoczęciem połowu składają bogom ofiarę. Sami nie są syci. a jednak każdy z nich choć po najmniejszym kawałeczku podpłomyka rzuca do morza na przebłaganie bogów za popełnione winy i z prośbą o obfity połów. Czyż nie są to dobrzy ludzie?
— To może im pomożemy? — zapytała najmłodsza boginka. 
— Ależ tak, tak — zakrzyknęły pozostałe. — Trzeba im pomóc. Ty, o pani — zwróciły się do Juraty — jesteś królową, masz moc czarnoksięską, spełnimy wszystkie twoje rozkazy. 
Uśmiechnęła się piękna Jurata i rzekła:
— Zaczarujemy bezmyślne wichry, które burzą toń morza i zatapiają łodzie. Każda z was wypłynie na powierzchnię wody i będzie śpiewać pieśni o miłości. Wichry, wsłuchując się w nie, polecą za wami, a wy popłyniecie daleko od miejsca, w którym rybacy będą łowić ryby. 
Dziwili się później rybacy, że złagodniały fale, nie szarpią już i nie wywracają ich skromnych maleńkich łodzi, sieci są ciężkie od ryb i nikt już nie wraca z pustymi rękami do checzy. Co silniejsi i młodsi łowili nawet we dnie i w nocy. A kobiety płatały dorsze, śledzie i flądry, suszyły je w słońcu, wędziły lub soliły na zapas w przepaścistych i do tej pory pustych beczkach.
— Posłuchajcie mnie, ojcowie — powiedział jednego razu najmłodszy, ale mądry i pracowity rybak zwany Tosiem. — To nie są zwyczajne połowy, ktoś nam pomaga. Ale kto?
— Rację ma — odrzekli starsi — może to rusałki, a może jakieś dobre bóstwo Morza? 
— Boginek i rusałek się wam zachciało — zajazgotały białki — my już wam nie wystarczamy, co? 
— Głupie — ofuknął je stary Ksander. — Macie syte brzuchy, to się już wam w tych owczych łbach poprzewracało. Trzeba coś postanowić... Rozpalmy święty ogień na brzegu przy pełni księżyca, a jako ofiarę nieznanym mocom niechaj każdy rzuci nań najtłuściejszą rybę z ostatniego połowu. Jeśli ofiara zostanie przyjęta, ogień buchnie ku niebu, przecie ktoś się pojawi. Ino się nie strachajcie. Będziemy śpiewali stare święte pieśni — nie stanie się nam krzywda. Drzewiej, za moich dziecinnych lat, taki był zwyczaj. 

Autor zdjęcia: Waldemar Książkiewicz

Rybacy zrobili dokładnie tak, jak poradził im stary Ksander. Kiedy ogromny rumiany słoneczny podpłomyk pogrążył się w falach morza, a na jego miejsce powoli wytaczał się pyzaty roześmiany księżyc, rozpalili przygotowane ognisko. I choć ufali starcowi, serca ich biły niespokojnie. A nuż się dobre bóstwo obrazi? Z wielką żarliwością, wzbudzając w sobie wiarę i nadzieję, rozpoczęli błagalne śpiewy.
W pewnej chwili rozwarły się fale morza i wynurzyła się z nich młoda, nadzwyczajnej urody dziewczyna. Zamilkli, trochę zdziwieni, trochę przestraszeni. Stali niepewni, nie wiedząc, co teraz będzie z nimi.
— Nie lękajcie się — ozwała się ona melodyjnym głosem. — Jestem królową tej wody. Na jej dnie mam pałac i wiele wiernych boginek. Odkąd tu zamieszkałam, poznałam waszą ciężką pracę i mizerne życie. Przekonałam się, że jesteście ludem uczciwym. I dlatego postanowiłam wam pomóc. Niczego w zamian nie żądam.
Dookoła ogniska przez dłuższą chwilę panowała cisza. Nagle z tłumu wysunął się młody piękny rybak Toś i patrząc śmiało na królową postąpił ku niej kilka kroków. Pokłonił się nisko i rzekł:
— Miłościwa pani, nawet nie znamy waszego imienia, a chciałbym ułożyć pieśń na waszą cześć. Jako podziękowanie będziemy ją śpiewać przed każdym wypłynięciem na połów.
Podobała się królowej odwaga rybaka, odparła więc łaskawie:
— Zwą mnie Jurata albo Bursztynka. Tobie zaś dziękuję za dobre chęci. Z przyjemnością będę słuchała tej pieśni — i uśmiechnęła się" tak słodko, że aż rybakowi zabiło gwałtownie serce.
Połowy nadal były obfite, a rybacy składali królowej swoje skromne dary i śpiewali pieśń, którą ułożył młody rybak. Wnet zrozumieli, że zakochał się w niej bez pamięci. Ale nie bali się o jego los, bo wiedzieli, że Jurata ma dobre serce.


Rybacy nie spodziewali się, że pieśń tę usłyszy nie tylko Jurata, ale i Perkun, potężny bóg Morza i Ziemi. Postanowił on przekonać się, czy rzeczywiście Jurata jest tak piękna, jak śpiewają rybacy. Kiedy przybył do podwodnego pałacu, zakochał się w Juracie od pierwszego wejrzenia.
— Jurato! — zawołał — jak to się stało, że do tej pory ciebie nie widziałem? Nie spotkałem nigdzie?
— Nie interesowałeś się, panie, biednymi — odrzekła śmiało królowa. — Gdybyś postąpił tak jak ja, śpiewaliby i o tobie. 
— Nie potrzebuję ich śpiewu — odparł dumnie. — Pragnę ciebie. Jestem bogiem i mam władzę nad całą ziemią. 
— Właśnie — odparła — żądza władzy przesłoniła ci dobro tego ludu. Ale ja — nie pokocham ciebie, panie. Moje serce należy do młodego rybaka i tylko jego poślubię. 
— Szalona! — krzyknął rozgniewany Perkun. — Zastanów się! Daję ci pięć dni do namysłu. Jeśli odmówisz, moja zemsta spadnie na ciebie, na rybaka i jego ziomków. — To powiedziawszy odpłynął wśród wzburzonych fal. 
Młody rybak także pokochał gorąco królową, ale nie śmiał jej wyznać swego uczucia, zresztą od owego wieczoru nigdy już jej nie spotkał, chociaż codziennie śpiewał swoją pieśń, pełną miłości i tęsknoty. Ale oto pewnego razu, wracając samotnie z połowu, ujrzał Juratę siedzącą przy dogasającym ognisku na morskim brzegu. Serce zabiło mu gwałtownie i nie mógł opanować drżenia rąk, gdy wyciągał łódkę na piasek.
— Czego się lękasz? — zapytała królowa — miłości? To najpiękniejsze uczucie. Ja też cię pokochałam od pierwszego spotkania. Czy poszedłbyś ze mną do pałacu? A może masz rodzinę? Żonę? Matkę?
— Nie, pani — wyjąkał Toś — jestem samotny, całkiem samotny... 
— Nie jesteś już samotny, masz mnie. Ale śpieszmy się! Zostaw sieci i łódź na brzegu. Bóg Perkun dał mi tylko pięć dni do namysłu. Czy zechcesz je spędzić ze mną? 
— O, moja ukochana królowo! Tak! Tak! — zawołał rybak. 
— Ale pamiętaj, że po upływie tego czasu oboje zginiemy. 
— Niech się tak stanie! 
Wtedy Jurata objęła go za szyję i pierwsza złożyła pocałunek na jego ustach. I popłynęli do cudownego jantarowego pałacu na dnie Bałtyku. 

Autor: Yaroslav Gerzedovich "Sea Queen and Sailor"

Królowa opowiedziała boginkom o rozmowie z bogiem Perkunem i o swoim postanowieniu. Każda z nich, gdy zechce, może opuścić pałac, te, które pozostaną — zginą wraz z nią. Zdecydowały, że zostaną wszystkie. 
Perkun po upływie pięciu dni dowiedział się całej prawdy o królowej i młodym rybaku i wówczas uderzył potężnym piorunem w podwodny pałac Juraty. Zginęła Jurata, zginął młody rybak i wszystkie boginki morskie. Cały pałac, zbudowany ze złocistego kamienia, rozsypał się w gruzy. Woda wzburzona wściekłością Perkuna wyrzucała jego okruchy na morski brzeg.
Zdziwieni i przerażeni rybacy nieprędko odkryli prawdę. A kiedy zrozumieli, że oto ich ukochana opiekunka i mądry młody rybak zginęli, aby swoją śmiercią zapewnić im życie - z wdzięczności nazwali swoją osadę - Jurata, a złocisty kamień - bursztynem. 

Autor zdjęcia: kasiafo


niedziela, 11 sierpnia 2013

Lekko, wakacyjnie, bursztynowo.

Jak przystało na okres wakacyjny, podzielę się dziś z Wami opowieściami i informacjami przywiezionymi prosto z bałtyckich plaż. Spisałam je z tablic informacyjnych w małej nadmorskiej miejscowości, którą odwiedzam niemal od urodzenia. Mieszkałam przez dobre 20 lat niecałe 30 km od tej miejscowości i tak mi już zostało, że jeśli wybieram morze, to zawsze tylko tam :) Nie są to dziewicze plaże, ale dalekie są od zatłoczonych nadbałtyckich kurortów, których unikam jak ognia. Zdecydowałam, że napiszę ten post zaraz po tym, jak pierwszy raz w życiu uzbierałam na plaży taką oto garść bursztynków. Miałam jakieś nieodparte wrażenie, że te obfite zbiory są związane z tymi właśnie opowieściami. Chyba nawet poczułam coś rodzaju obowiązku dyktowanego przez słowiańskie, morskie duchy... 

My own preciousssss... ;) 

Bursztyn bałtycki - trochę historii
Pierwsze odnalezione ozdoby z bursztynu pochodziły już z późnego paleolitu, starszej epoki kamienia, jednakże prawdziwą popularność tego surowca datuje się na mezolit - środkową epokę kamienia (8000-4800 lat pne.) Wówczas na terenie Morza Bałtyckiego znajdowało się wielkie Jezioro Ancylusowe. Ustępujące lodowce i wody pozostawiły po sobie rozległe torfowiska, bagna i mokradła. Znaleziska archeologiczne dowiodły, że na tych terenach bursztyn był bardzo powszechnym surowcem, przeznaczonym do wyrobu ozdób, amuletów i drobnych paciorków. (...) Służył także do rzeźbienia figurek zwierząt, związanych ściśle z magią łowów, tworzeniem totemów i talizmanów, zapewniających obfite polowania. 
Bursztynowy niedźwiadek (ok. 10 cm) znaleziony w 1887r.
podczas kopania torfu, w okolicach Słupska,
datowany na lata 1700-650r. pne. 
(...) Poza funkcją ozdobną i mistyczną bursztyn służył przede wszystkim jako środek płatniczy. Jego wartość ceniona była w handlu szczególnie z tymi regionami, które ubogie były w zasoby tego surowca. Warto wspomnieć, że bursztyn, dzięki swym niezwykłym właściwościom, już wówczas stosowany był także w leczeniu rozmaitych schorzeń. (...)
Jutlandia (dziś głównie tereny Danii), zwana krainą bursztynu, już 4500 lat pne. stosowała go w magicznych obrzędach, tzw. ofiarach zakładzinowych związanych ściśle ze stawianiem fundamentów budowli mieszkalnych i sakralnych. W miejscach, gdzie miał stanąć budynek, zakopywano w ziemi gliniane naczynia z miedzianymi i bursztynowymi ozdobami, mającymi zapewnić domostwu i jego mieszkańcom spokój, dostatek i bezpieczeństwo.
Od zamierzchłych czasów bursztyn był w centrum zainteresowania człowieka jako surowiec o wyjątkowych właściwościach i urodzie. Szczególne miejsce znalazł w starożytnej Grecji, gdzie po raz pierwszy porównany został do łez. Sofokles pisał, że bursztyn jest łzami mitycznych ptaków indyjskich, które opłakiwały tragiczną śmierć bohatera wyprawy po złote runo - Meleagra. Według Eurypidesa bursztyn powstał z łez Heliad - sióstr niepokornego Faetona, syna Heliosa, który ukradłszy ojcu mityczny rydwan i zniszczywszy ziemię, zginął rażony przez Zeusa gromem. [moja uwaga: ten sam mit wspomniany został w platońskiej opowieści o Atlantydzie, o której pisałam w majowym poście]. Nicjas z Aten uważał jantar za promienie słońca rzucane o jego zachodzie na ziemię, stąd też z racji złotej barwy i wówczas jeszcze tajemniczego pochodzenia, zwany był kamieniem słońca.
Pochodzenie i właściwości bursztynu bałtyckiego
Bursztyn bałtycki, zwany także sukcynitem, bałtyckim złotem lub jantarem to kopalna żywica powstała w naturalnych warunkach około 40-50 milionów lat temu. [że co?!!!!] Formowanie się bursztynu będącego wynikiem wydostawania się żywicy z pęknięć pni i gałęzi, nie jest związane z jednym gatunkiem drzew. Każde złoże tego surowca w zależności od jego umiejscowienia kształtowało się w wyniku żywicowania odmiennego gatunku. Właściwości chemiczno-fizyczne bursztynu bałtyckiego wskazują na jego pochodzenie, rzecz dziwna, od araukarii Agathis, której pozostałości brak jest praktycznie na całej półkuli północnej. 
araukaria
Najprawdopodobniej "producentem" tego cennego surowca był wymarły gatunek sosen. Współczesne gatunki tych drzew wykazują niewielki stopień żywiczności, a ich żywica różni się składem chemicznym od swoich przodków. Pozostaje przypuszczać, że sosny sprzed 50 mln lat miały zgoła inne właściwości.
Początek procesu powstawania bursztynu miał miejsce w warunkach lądowych, wskutek wyciekania żywicy z uszkodzonego drzewa i uchodzenia z niej składników lotnych, co w konsekwencji doprowadzało do jej stwardnienia. Istotną rolę w formowaniu bursztynów miały także bakterie, jednakże ostateczny kształt nadawała im woda morska. W eocenie (56-34 mln lat temu) miejsce miała transgresja morska, czyli zalewanie lądu przez morze wskutek ruchów tektonicznych. Wówczas to wiele lasów bursztynodajnych wraz z bogatymi złożami żywicy znalazło się pod wodą. Ruchy wody morskiej: falowanie, pływy i prądy przenosiły bryłki żywicy wraz z leśną glebą i pniami, pokrywając je piaskiem, mułem oraz martwymi roślinami i zwierzętami morskimi. Morski osad denny stopniowo pokrywający nanosy żywicy przyczynił się do stworzenia wtórnych złóż bursztynu. Mimo licznych badań zmierzających do odpowiedzi na pytanie jak tworzy się ten niezwykły surowiec, wciąż brak jest istotnych danych dotyczących przemian chemicznych, które doprowadziły do jego powstania.
Wyjątkowość naszego bałtyckiego jantaru opiera się przede wszystkim na niespotykanej zawartości tzw. kwasu bursztynowego, wahającej się w granicach 3-8%, co sprawia, że jest on stosunkowo twardy i błyszczący. (...) Najczęściej bursztyny bałtyckie mają żółtą barwę w różnych odcieniach. Niekiedy bywają też czerwonawe, mlecznobiałe lub brunatne. Rzadkością są bursztyny o odcieniu zielonkawym lub niebieskawym. 
Pozyskiwanie bursztynu z Bałtyku
Pierwsze udokumentowane wzmianki o poławianiu bursztynu z morza sięgają X wieku pne. Dzięki fragmentowi obelisku z tamtego okresu odnalezionemu w Niniwie, na którym widnieje napis wykonany pismem klinowym wiemy, że już wówczas walory tego surowca były bardzo cenione. (...) W polskiej literaturze tradycje wyławiania z morza bursztynu znaleźć można w zapiskach Macieja Kromera z XVI w. zawartych w dziele "Polska". Autor wzmiankował o nagich ludziach, którzy brodząc w morzu wyławiali niesiony prze fale bursztyn. O bardzo intensywnej eksploatacji bursztynu w XVI w. świadcza też różnorodne ryciny i napisy na mapach z tamtego okresu. Mapa z 1539r. przygotowana przez niejakiego Olausa Magnusa przedstawia beczułki i ludzi z łopatami, co świadczyć może o poszukiwaniu bursztynów także na nabrzeżu. (...) Na mapie tego samego autora z 1555r. wokół beczułek widać leżące bursztyny. Bardzo istotnym jest fakt, ze już wówczas wiedziano w jakich warunkach połowy jantaru są najbardziej korzystne. (...) Wiele więcej szczegółów dotyczących pozyskiwania jantaru z wód Bałtyku przekazuje literatura XVIII i XIX wieku, w której znaleźć można liczne wzmianki o jego zbieraniu i łowieniu. Na jej podstawie można odtworzyć metody, jakimi posługiwano się w celu wydobycia tego surowca. Najpowszechniejszym i nie wymagającym nadmiernego wysiłku sposobem zbierania bursztynu było poszukiwanie go na brzegu morza po sztormach i nawałnicach lub przekopywanie gruntu wzdłuż plaży. Zbieracze bursztynu często brodzili w wodzie wydobywając z niej na brzeg nagromadzone osady i wodorosty, z których ich rodziny wybierały złote bryłki jantaru.

Od siebie mogę dodać, że sposób poszukiwania bursztynów przez grzebanie w wodorostach, albo muszelkowych "śmieciach" leżących na brzegu, poznałam jeszcze w czasach studenckich, od jakiejś przypadkowo poznanej wczasowiczki-zbieraczki. Nigdy jednak nie udało mi się zebrać ich aż tyle :) Tym razem musiałam chyba dostać jakieś specjalne pozwolenie od Juraty ;)
Aha i jeszcze jedno. Na samym dole jest mapka Polski z zaznaczonymi obszarami występowania bursztynu. Oczywiście znalazłam go tam, gdzie występować nie powinien - to pas wybrzeża na zachód od Kołobrzegu. Kto by się tam słuchał naukowców - przecież nie Matka Ziemia ;)
Początkowo myślałam, że to będzie jeden post, ale doszłam do wniosku, że jednak podzielę go na dwa. W następnym będzie nadbałtycka legenda - zapraszam za parę dni. Na razie przeczytajcie jeszcze kilka bursztynowych ciekawostek.



BURSZTYNOWE CIEKAWOSTKI

Bursztyn zgromadzony był na morenach polodowcowych, czyli olbrzymich, przemieszanych masach piasku, gliny i kamieni, pozostawionych przez topniejący lodowiec skandynawski. 

Na terenie dzisiejszej Polski jantar znany był i używany jako biżuteria już około 11.000 lat temu. 

Nazwa sukcynit pojawiła się po raz pierwszy w dziele rzymskiego pisarza Pilniusza Starszego "Naturalis Historia". Pochodzi ona od łacińskiego sucus - sok. Stąd żywica, jako "sok z drzewa", zwana jest sucinium. Również Tacyt, jeden z najwybitniejszych rzymskich historyków, żyjący w latach 55-120, w swoim dziele "Germania" określił bursztyn jako żywice drzew. 

Nazwa "bursztyn" zapożyczona została najprawdopodobniej z dialektu średniodolnoniemieckiego "bornsten" lub wschodniopruskiego "bornstein". 

Zwiększone żywicowanie drzew spowodować mogły popioły wulkaniczne. Prawdopodobnie chmury popiołów powodujące dłuższą noc wpłynęły na wydzielanie przez drzewa większej niż zwykle ilości żywicy. 

Największa znaleziona w 1984r. bryła bursztynu bałtyckiego ważyła 3100 gram. Skłonność sukcynitu do wietrzenia sprawiła, że obecnie jej masa nie przekracza 2880 gram, choć wymiary pozostały takie same. 

Największą ilość bursztynu wyrzuca morze. W roku 1800 na pruskim wybrzeżu, po silnym sztormie, udało się w ciągu jednego dnia zebrać niebagatelną liczbę 150 beczek jantaru.

Potarty bursztyn wydziela ostrą żywiczną woń. Nadal nie do końca wiadomo, co jest tego przyczyną. Wszelkie ugrupowania aromatyczne w ciągu milionów lat tworzenia się tego surowca musiały się ulotnić, co nie zmienia faktu, ze ogrzany bursztyn wydziela specyficzny zapach. 

W roku 1500 w rejonie Sambii (Obwód Kaliningradzki) pewien rolnik w czasie prac polowych natrafił na niewielką bryłkę bursztynu. Zdziwiony zaczął przeszukiwać spulchnioną ziemię znajdując jeszcze kilka fragmentów jantaru. Od tego czasu rozpoczęto poszukiwanie surowca w ziemi, tworząc kopalnie odkrywkowe.

I - Rejon Możdżanowa 
II - Rejon Chłapowsko-Sambijski
III - Rejon Borów Tucholskich 
IV - Kurpie 
V- Rejon Parczewa