środa, 23 października 2013

Etiopia, templariusze i Graal

Po dość rozbudowanym wstępie, jaki zamieściłam w poprzednim poście, przyszedł czas na skojarzenia - co może łączyć te trzy elementy: Etiopię, Templariuszy i Graala? Połączenie między Templariuszami, a Graalem odnajdzie niemal każdy, kto śledził choćby przygody Indiany Jones'a ;) Gorzej poszłoby nam z odnalezieniem związku między Templariuszami a Etiopią, albo Graalem a Etiopią. A jednak Graham Hancock skrupulatnie poskładał puzzle i wskazał te związki w swojej książce "Znak i pieczęć".

Przeszło 2000 lat po tym jak Arka Przymierza zniknęła ze stron Starego Testamentu, w 1119r. w Europie został założony Zakon Templariuszy, a dokładniej: Zakon Ubogich Rycerzy Chrystusa i Świątyni Salomona. Już w 1128r. na synodzie w Troyes, Zakon uzyskał oficjalne uznanie Kościoła. Templariusze szybko stali się potęgą na międzynarodową skalę, cieszącą się bogactwem i prestiżem, co jednak nie uchroniło ich od spektakularnej zagłady w ciągu dwóch kolejnych stuleci.
Historię tę opisywano już na wiele sposobów. Nagle w piątek trzynastego października 1307r. wszyscy templariusze przebywający we Francji zostali aresztowani. Była to bardzo zgrana operacja - rozpoczęła się wczesnym rankiem, a gdy zapadła noc 15 tysięcy mężczyzn był już zakutych w łańcuchy. Zarzuty wytoczone przeciw templariuszom, były dość popularne jak na ówczesne czasy. Oskarżano ich np. o wypieranie się Chrystusa, opluwanie jego wizerunków, a także o składanie ofiar bożkom. Zarzuty były równie mało wiarygodne, co i w innych podobnych przypadkach, Nie miało to jednak znaczenia, bowiem machina zagłady już ruszyła i zabrakło siły, która mogłaby ją zatrzymać. Dlaczego jednak Zakon, który najpierw zyskał takie uznanie, zszedł ze sceny w tak poniżający i nagły sposób? Czego tak bardzo wystraszyli się europejscy wielmoża?
Trudno mi ocenić, czy Graham Hancock był pierwszą osobą, która postawiła tezę, że prawdziwą przyczyną, dla której templariusze udali się do Jerozolimy, była nie tyle powszechnie poddawana pod wątpliwość "ochrona pielgrzymów zmierzających do Ziemi Świętej", co przede wszystkim odnalezienie Arki Przymierza. Można się uśmiechać pod nosem ile dusza zapragnie, jednak fakty są takie, że:
  • przez cały XII wiek główna kwatera Zakonu mieściła się w miejscu, gdzie niegdyś stała Świątynia Salomona - ta sama, z której w czasach starotestamentowych w niewyjaśniony sposób zniknęła Arka Przymierza.
  • templariusze prowadzili w okolicy zorganizowane prace wykopaliskowe.
Po przybyciu do Jerozolimy, templariusze uzyskali o dziwo! prawo do wzgórza świątynnego w bardzo nieskomplikowany sposób. W dużym skrócie wyglądało to tak, że poprosili i natychmiast dostali to o co prosili. Mieli widać ogromną siłę perswazji :) Po czym przez prawie 7 lat bardzo rzadko opuszczali to miejsce i zuchwale odmawiali każdemu wstępu do swojej kwatery. Było ich wtedy aż dziewięcioro, więc teza, iż mieli chronić pielgrzymów na drodze o długości 80 km, była od samego początku mocno naciągana. Tym bardziej, że gdy tam przybyli funkcję "ochroniarzy" pełnili już joannici - zakon większy i starszy.


Obecnie archeolodzy nie mogą prowadzić wykopalisk na wzgórzu świątynnym ze znanych wszystkim przyczyn. Od strony izraelskiej jednak prowadzono takie badania w ograniczonym stopniu, w wyniku czego na południe od wzgórza, znaleziono wyjście tunelu wykopanego w XII wieku, który uznano za dzieło templariuszy. Stwierdzono nawet, że tunel mógłby się ciągnąć dalej, aż do samego serca świętego miejsca, być może przechodząc pod Meczetem Na Skale. Po cóż templariusze mieliby kopać taki tunel? Ano dlatego, że istnieje legenda, iż na chwilę przed wtargnięciem Babilończyków do świątyni, Arka Przymierza została ukryta w tajemnej zamurowanej jaskini tuż pod Szetiją.
Ostatecznie jednak działania rycerzy nie przyniosły oczekiwanego skutku. Niemniej jednak wszystko wskazuje na to, że znaleźli jakiś ślad, który skierował ich w zupełnie inną stronę. W 1126r. Hugo de Payenes nagle opuścił Jerozolimę i powrócił do Europy. Było to tuż przed synodem w Troyes, na którym oficjalnie uznano istnienie Zakonu. Co oznaczało takie "oficjalne uznanie" dla garstki rycerzy, którzy zrozumieli, że potrzebują znacznie więcej środków na dalsze poszukiwania? Oczywiście napływ tych środków. Odpowiedni kościelny marketing sprawił, że do zakonu zaczął się napływ młodych ludzi z różnych stron Europy (rzadko ubogich). Pod koniec XII wieku templariusze zgromadzili niesłychane bogactwa, działali w skomplikowanym systemie finansowym i posiadali majątki w całym ówcześnie znanym świecie. Wszystko to za sprawą Bernarda z Clairvaux (późniejszego świętego), który ułożył formułę zakonu, a następnie przy pomocy szeregu entuzjastycznych kazań, zapewnił powodzenie całej operacji. Co otrzymał w zamian? Tu pojawia się niepoparta niczym, poza sprawnym kojarzeniem faktów, prawdziwa ciekawostka. Lata trzydzieste XII to wielki rozkwit francuskiego gotyku. Bernard z Clairvaux, który był autorem wielu rozpraw teologicznych, pisał m.in. takie oto ciekawostki:
"Nie powinno być żadnych ozdób, liczą się jedynie proporcje".
"Czym jest Bóg? Jest długością, szerokością, wysokością i głębokością."
Graham Hancock snuje przypuszczenia, że templariusze nie odjechali z Jerozolimy z pustymi rękami. Przywieźli prawdopodobnie zaginione architektoniczne sekrety dotyczące geometrii, proporcji, równowagi i harmonii. To była prawdopodobnie ich karta przetargowa. Czy miała bezpośrednie przełożenie na monumentalny, strzelisty gotyk, którego tak gorącym piewcą był Bernard z Clairvaux, trudno jednoznacznie ocenić. 
Nie są to jednak argumenty zupełnie wyssane z palca. Wiele zamków i fortec, których autorstwo przypisuje się właśnie templariuszom, wykazywało się niespotykaną dotąd techniką budowy. Przypuszcza się, że wzorowaną na Świątyni Jerozolimskiej. Przykładem jest nigdy nie zdobyty przez Saracenów Atlit, znajdujący się na południe od izraelskiej Hajfy. Jego potężne mury oparte na niezwykle głębokich fundamentach, miały ponad 27 metrów wysokości i blisko 5 metrów grubości. Archeolog C.N. Johns, prowadzący na tamtym terenie w 1932r. prace wykopaliskowe uznał, że "umiejętności architektów i murarzy zakonu, w porównaniu ze średniowiecznymi normami, istotnie były niezwykle wysokie, a nawet jak na dzisiejsze wymaganie, można je uznać za wyjątkowe". 

Atlit, źródło: internet
Pozostawmy jednak układy i układziki średniowiecznej Europy i wróćmy do dalekosiężnych planów templariuszy. Na jaki więc ślad natknęli się w Ziemi Świętej? W czasie, gdy stacjonowali w Jerozolimie, przebywał tam również na wygnaniu etiopski książę Lalibela. Prawdopodobnie od niego templariusze usłyszeli historię zawartą w "Kebra Nagast", historię, której echa są żywe w Etiopii po dziś dzień. 
Również i królowa Saby, usłyszawszy rozgłos [mądrości] Salomona, przybyła, aby osobiście się o niej przekonać. Przyjechała więc do Jerozolimy ze świetnym orszakiem i wielbłądami, dźwigającymi wonności i bardzo dużo złota oraz drogocennych kamieni. Następnie przyszła do Salomona i odbyła z nim rozmowę o wszystkim, co ją nurtowało. Salomon zaś udzielił jej wyjaśnień we wszystkich zagadnieniach przez nią poruszonych. Nie było zagadnienia, nieznanego królowi, którego by jej nie wyjaśnił. Gdy królowa Saby ujrzała całą mądrość Salomona oraz pałac, który zbudował, jak również zaopatrzenie jego stołu w potrawy i napoje, i mieszkanie jego dworu, stanowiska usługujących jemu, jego szaty, jego podczaszych, jego całopalenia, które składał w świątyni Pańskiej, wówczas wpadła w zachwyt. Dlatego przemówiła do króla: «Prawdziwa była wieść, którą usłyszałam w moim kraju o twoich dziełach i o twej mądrości. Jednak nie dowierzałam tym wieściom, dopóki sama nie przyjechałam i nie zobaczyłam na własne oczy, że nawet połowy mi nie powiedziano. Przewyższyłeś mądrością i powodzeniem wszelkie pogłoski, które usłyszałam. (...) Król Salomon zaś podarował królowej Saby wszystko, w czym okazała swe upodobanie i czego pragnęła, prócz tego, czym ją Salomon obdarzył z królewską hojnością. Niebawem wyruszyła w drogę powrotną do swego kraju wraz ze swymi sługami. [1Krl 10, 1-13]
źródło obrazu: http://nowaatlantyda.com
Jak wspominałam w poprzednim poście, czas budowy Świątyni Jerozolimskiej przypada mniej więcej na X wiek pne. Na ten sam więc okres przypada wizyta królowej Makedy (znanej nam pod imieniem królowej Saby) opisana na stronach Starego Testamentu. Etiopska kronika "Kebra Nagast" mówi jednak, że "królewska hojność" Salomona nie ograniczyła się wyłącznie do świecidełek. Królowa bowiem wróciła do Etiopii brzemienna. Ze związku tego narodził się Menelik, który zapoczątkował dynastię Salomonidów. Dynastia ta ponoć panowała w Etiopii z przerwami, aż po czasy współczesne i zakończyła się na Hajle Syllasje, którego tak malowniczo opisał Kapuściński w swoim kultowym "Cesarzu". Wróćmy jednak do protoplasty rodu - Menelika. Gdy osiągnął on wiek dojrzały, udał się do swego ojca Salomona w odwiedziny, ale tego wątku już w Starym Testamencie nie znajdziemy. Został on przyjęty ze wszelkimi przynależnymi mu honorami i ugoszczony iście po królewsku. Przebywał tam trzy lata. Nieopatrznie jednak, król Salomon, w przypływie ojcowskiego zaufania, podzielił się ze swoim synem informacją o największym bogactwie Izraela, jakim była Arka Przymierza, a ten po prostu wykradł tenże największy skarb i uciekł z nim do Etiopii. Tyle opowiada "Kebra Nagast". 
Graham Hancock twierdzi jednak, że opowieść ta jest tylko przykrywką, sprytnie zafałszowanym obrazem, który, jak to większość mitów i legend, opowiada prawdziwą historię w sposób zawoalowany, tak aby nie była czytelna dla wszystkich. Prześledził on bowiem drogę Arki z Jerozolimy do Etiopii w sposób bardzo szczegółowy i wszystko wskazuje na to, że przewiezienie jej do Etiopii było działaniem świadomym i zaplanowanym przez Izraelczyków i miało na celu ukrycie jej przed najeźdźcami. Potwierdzeniem tego wydarzenia, tj. exodusu grupy Żydów z Jerozolimy do Etiopii w czasach Pierwszej Świątyni, jest zdaniem Hancocka, istnienie zadziwiającej społeczności żydowskiej na terenie Etiopii - Felaszów. Mówili oni o sobie, że wyemigrowali z Ziemi Świętej do Etiopii za czasów Pierwszej Świątyni (tj. ok. 931 r pne.). Nie obchodzili świąt żydowskich ustanowionych po tej dacie, takich jak Purim, czy Chanuka. Nie mieli też rabinów, gdyż ci zaczęli działać dopiero w okresie Drugiej Świątyni. Skąd więc wzięli się w Etiopii? Czyż teza o kluczowej w dziejach Izraela wyprawie w celu skutecznego ukrycia największego artefaktu Starego Testamentu, nie brzmi w tym kontekście wiarygodnie? 
Wróćmy jednak do templariuszy i etiopskiego księcia Lalibelli. Tu mała dygresja: mam wrażenie, że coś jest w tym, że nieuczciwość przyciąga nieuczciwość. Czytając bowiem rozważania Hancocka, po raz pierwszy chyba dotarło do mnie, że templariusze nie występowali w roli bohaterów pozytywnych, tak jak to przyjęło się pokazywać w filmowo-literackiej popkulturze. I ci właśnie mało krystaliczni bohaterowie, o bardzo niekrystalicznych motywach, natknęli się w Jerozolimie na księcia Lalibellę, który... nie pochodził z dynastii Salomonidów i nie przypadkowo przebywał na wygnaniu. Co było dalej? W 1185r. książę Lalibella opuścił Jerozolimę i powrócił do Etiopii, gdzie pozbawił tronu swojego brata Harbaja i objął władzę. Z jakich szeregów zwerbowana została jego zwycięska armia? Znów wszystko wskazuje na to, że w powrocie do władzy wspomogli go właśnie templariusze... To tutaj poprowadziły ich ślady, które zgromadzili i to tutaj z dużym prawdopodobieństwem dotarli. Mówią o tym etiopskie przekazy, które wspominają, że Arkę nosili ludzie o jasnych włosach. Wygląda więc na to, że prawdziwy cel Zakonu został prawie osiągnięty.
Natychmiast po powrocie, książę Lalibella, rozpoczął budowę szeregu okazałych świątyń. Wyciosane zostały w czerwonej okrywie skalnej, a dokładniej w tufie wulkanicznym, stosunkowo łatwym w modelowaniu. Legenda mówi, że świątynie zbudowali aniołowie [w innych tekstach określani po prostu jako "biali mężowie"], którzy pomagali Lalibelli nocą, podczas gdy on z legionem robotników pracował we dnie. Ponoć budowa wszystkich 12 świątyń trwała zaledwie 24 lata. Poniżej najokazalsza z nich:

źródło zdjęcia: www.glittersnipe.com
źródło zdjęcia: www.diretube.com
I tutaj cała układanka zatacza koło. W europejskich kronikach odnotowano, że w 1306r. do Awinionu, ówczesnej siedziby papieża Klemensa V, zawitała grupa posłów z Etiopii. Zwróćcie uwagę, że jest to data, poprzedzająca zaledwie o jeden rok, pamiętne aresztowania templariuszy. Jest to już zresztą przeszło wiek po śmierci księcia Lalibelli. Templariusze, którzy przybyli wraz z księciem do Etiopii również już zapewne nie żyli, ale zgodnie z hierarchią Zakonu pojawili się ich następcy. Dla ówczesnych władców Etiopii i przypuszczalnych Strażników Arki, Zakon Templariuszy i jego potęga zaczęły stawać się niewygodne i groźne. Prawdopodobnie zaczynali domyślać się, a być może nawet było to już oczywiste, że templariusze zamierzają sprowadzić Arkę do Europy, co było absolutnie nie do pomyślenia i nie do zaakceptowania. Pomysł ostrzeżenia europejskich władców przed ryzykiem jakie niosła za sobą Arka i władzą, jaką dawała jej posiadaczom, wydawał się trafiony w dziesiątkę. Nie ma co prawda dowodów, ani zapisków mówiących, że taki właśnie był cel etiopskiej delegacji, jednak rok później Zakon Templariuszy we Francji przestał istnieć za sprawą papieża Klemensa V i króla Filipa IV.
A co z Graalem? Otóż właśnie motyw poszukiwania Świętego Graala pojawił się po raz pierwszy w poematach w 1182r., a więc w interesującym nas okresie. Natomiast między 1195r. a 1200r. Wolfram von Eschenbach zaczął pisać sławnego "Parzivala", w którym, co nie jest powszechnie podkreślane, Graal jest kamieniem, a nie kielichem, co z kolei może przypominać tradycyjne taboty (wyobrażenia Arki Przymierza) rozpowszechnione w etiopskich kościołach. Podobieństw między Graalem a Arką jest więcej. Nie należy jednak odczytywać ich literalnie, lecz raczej między wierszami.
źródło zdjęcia: parzival.wikispaces.com
Graal w poemacie von Eschenbacha, roztaczał wielką jasność, był z czystego złota wysadzany drogimi kamieniami, zdarzało mu się prorokować oraz objawiać "niebiańskie pismo", kojarzono go również z kamieniem, który znieśli z nieba Aniołowie (co sugeruje kawałek meteorytu).
Wszystkie te cechy odnajdywali badacze Starego Testamentu również w Arce Przymierza. Ciekawostką jest również kojarzenie w powszechnej świadomości Graala z Maryją Matką Jezusa przez krew właśnie. Motyw ten nie znalazł miejsca w "Parzivalu". Przyjęło się jednak twierdzić w kolejnych wersjach legendy, że Graal zawierał świętą krew Chrystusa. Maryja, nosząc Chrystusa w swoim łonie, również była niejako naczyniem z Jego krwią. Co ciekawe natomiast, w XVI wiecznej litanii loretańskiej, Maryja określana jest mianem "arca foederis", co po łacinie znaczy "Arka Przymierza".

W tym naprawdę telegraficznym skrócie, udało mi się zaledwie nakreślić w bardzo ogólnym zarysie, czas akcji i wynikające z niego korelacje. Jednym z ciekawszych elementów tej książki jest wskazanie powiązania pomiędzy Mojżeszem, a starożytną wiedzą, którą wyniósł z Egiptu. Być może jeszcze kiedyś wrócę do tego wątku. Nie mogę jednak streścić całej książki z najdrobniejszymi szczegółami, ponieważ tych szczegółów i wątków, które podjął Hancock jest zbyt dużo. Nie to zresztą było moim zamiarem. Chciałabym jednak zaznaczyć, że cała ta historia jest naprawdę bardzo solidnie udokumentowana. Hancock jest bowiem typem dziennikarza i badacza, który nie poprzestaje na stawianiu pytań, lecz również na szukaniu odpowiedzi przy wykorzystaniu wszystkich dostępnych mu możliwości. 
Nie wiemy, czy Arka faktycznie znajduje się w Etiopii. Wszystko wskazuje jednak, że najprawdopodobniej tam była. Film dokumentalny, który pokazuje miejsce spoczynku Arki i spotkanie ze strzegacym jej Strażnikiem, nie rozwiewa naszych wątpliwości. Jedno jest jednak pewne: nie nadeszły jeszcze czasy, w których bezpiecznym byłoby ujawnienie Arki . Chętnych do wykorzystania jej mocy znalazłoby się z pewnością zbyt wielu. Chyba naprawdę najlepiej byłoby, aby zniknęła wśród chmur w gromach błyskawic, tak jak pokazał to Spielberg :)

Post napisany został na podstawie książki pt. "Znak i Pieczęć. W poszukiwaniu Arki Przymierza" Grahama Hancocka.


niedziela, 29 września 2013

Starożytne artefakty - Arka Przymierza

Pamiętacie z pewnością, jedną z najbardziej znanych historii Starego Testamentu, o tym jak Mojżesz otrzymał od Boga Jahwe Tablice Przymierza zawierające 10 Przykazań, które następnie rozbił w przypływie wściekłości, gdy zobaczył, jak niecierpliwy był jego lud, podczas gdy on przebywał z Bogiem na Górze Synaj. Wiecie z pewnością również, że mimo niesubordynacji Izraelitów, i tak doszło do Odnowienia Przymierza pomiędzy nimi a Jahwe. Same tablice zostały wykute po raz kolejny [Wj 34], a wraz z nimi rozpoczęto budowę Świętego Przybytku dla najbardziej niesamowitego biblijnego artefaktu - Arki Przymierza, którą to również zbudowano według boskich instrukcji. 
"Potem Besaleel zbudował arkę z drzewa akacjowego, której długość wynosiła dwa i pół łokcia, jej zaś szerokość i wysokość półtora łokcia. I pokrył ją szczerym złotem wewnątrz i zewnątrz, i uczynił na niej dokoła złoty wieniec. Odlał dla niej cztery pierścienie ze złota i [przymocował] je do czterech jej rogów: dwa pierścienie do jednego jej boku i dwa pierścienie do drugiego jej boku. Również zrobił drążki z drzewa akacjowego i pokrył je złotem. I do pierścieni na obu bokach arki włożył te drążki [służące] do jej przenoszenia. Uczynił też przebłagalnię ze szczerego złota, a długość jej wynosiła dwa i pół łokcia, jej zaś szerokość półtora łokcia. Dwa też cheruby wykuł ze złota, uczynił zaś je na obu końcach przebłagalni: jednego cheruba na jednym końcu, a drugiego cheruba na drugim końcu przebłagalni. Wykonał cheruby razem z przebłagalnią na obu jej bokach. Cheruby miały skrzydła rozpostarte ku górze i zakrywały nimi przebłagalnię. Twarze miały zwrócone jeden ku drugiemu, i ku przebłagalni były [zwrócone] twarze cherubów.
Zrobił też z drzewa akacjowego stół, którego długość wynosiła dwa łokcie, jego szerokość jeden łokieć i jego wysokość półtora łokcia. Pokrył go szczerym złotem i uczynił na nim dokoła złoty wieniec. I uczynił wokoło listwę na cztery palce szeroką, i zrobił złoty wieniec dokoła tej listwy. Odlał następnie cztery złote pierścienie i przyprawił te pierścienie do czterech rogów [stołu], gdzie się znajdują cztery jego nogi. Blisko listwy znajdowały się pierścienie do włożenia w nie drążków z drzewa akacjowego do przenoszenia stołu. A zrobił te drążki z drzewa akacjowego i pokrył je złotem. Przenoszono stół za ich pomocą. Uczynił także ze szczerego złota naczynia do stołu, misy i czasze, dzbanki i patery do składania ofiar płynnych." [Biblia Tysiąclecia, Wj 37, 1-16]


Opis budowy Arki Przymierza, według instrukcji otrzymanych przez Mojżesza od samego Boga Jahwe, rozpalał wyobraźnię ludzkości przez tysiąclecia. Powyższe zdjęcie pokazuje, w jaki sposób obraz ten utrwalił się w czasach współczesnych. Nie odbiega on zapewne znacząco od wyobrażeń utrwalonych na rysunkach sprzed XX wieku. Tak naprawdę, do dziś jednak nie wiemy, ani jak wyglądała Arka Przymierza, ani też czym była. Nie wiemy czym były cheruby (z całą pewnością nie miały nic wspólnego z barokowymi cherubinkami), ani jaką pełniły funkcję w tym tajemniczym urządzeniu i później w wystroju świątyni (czy tylko dekoracyjną?). Wiemy jednak, że Arka była bardzo niebezpieczna. Doświadczali tego przede wszystkim wrogowie Izraelitów, ale nie tylko. Również sami Izraelici często ginęli, gdy nieopatrznie zbliżyli się do Arki. W Księdze Samuela opisano zdarzenie, gdy niejaki Uzza chciał podtrzymać Arkę, aby nie spadła z wozu, gdy "woły szarpnęły" - niestety, nie opłaciła mu się taka gorliwość. Zginął bowiem porażony "gniewem Pana".   
Znów Dawid zgromadził wszystkich doborowych wojowników Izraela w liczbie trzydziestu tysięcy. Dawid i wszyscy ludzie towarzyszący mu, powstawszy, udali się w kierunku judzkiej Baali, aby sprowadzić stamtąd Arkę Boga, który nosi imię: Pan Zastępów spoczywający na cherubach. Umieszczono Arkę Bożą na nowym wozie i wywieziono ją z domu Abinadaba, położonego na wzgórzu. Uzza i Achio, synowie Abinadaba, prowadzili wóz, z Arką Bożą. Achio wyprzedzał Arkę. Tak Dawid, jak i cały dom Izraela tańczyli przed Panem z całej siły przy dźwiękach pieśni i gry na cytrach, harfach, bębnach, grzechotkach i cymbałach. Gdy przybyli na klepisko Nakona, Uzza wyciągnął rękę w stronę Arki Bożej i podtrzymał ją, gdyż woły szarpnęły. I zapłonął gniew Pana przeciwko Uzzie i poraził go tam Bóg za ten postępek, tak że umarł przy Arce Bożej. A Dawid strapił się, dlatego że Pan dotknął takim ciosem Uzzę, i nazwał to miejsce Peres-Uzza. [Tak jest] po dzień dzisiejszy. [Biblia Tysiąclecia, 2Sm, 1-8]


Do Świętego Przybytku mogli wchodzić wyłącznie wtajemniczeni (przeszkoleni) kapłani. Rolę tę przypisano Lewitom przysposobionym do służby przez Aarona, brata Mojżesza. Księga Wyjścia opisuje bardzo szczegółowo, jak należało wykonać szaty kapłańskie  i jak miały przebiegać obrzędy przed wejściem do Świętego Świętych (nie chciałam już kopiować opisów więc skorzystajcie z linków). Nie wspominając już nawet o szczegółach dotyczących budowy samego miejsca (Wj 25, Wj 26, Wj 27). Trudno jest mi sobie wyobrazić, że komukolwiek, kto czyta te biblijne opisy, nie przychodzi do głowy, że ich szczegółowość wydaje się nie być religijno-mistyczna, lecz po prostu techniczna.
"Ustawisz również złoty ołtarz do spalania kadzidła przed Arką Świadectwa i zawiesisz zasłonę przy wejściu do przybytku. Ołtarz zaś całopalenia postawisz przed wejściem do wnętrza Namiotu Spotkania. Kadź zaś umieścisz między Namiotem Spotkania a ołtarzem i napełnisz ją wodą. Urządzisz też dziedziniec dokoła, a przy bramie zawiesisz zasłonę. Wtedy weźmiesz olej namaszczenia i namaścisz przybytek i wszystko, co w nim jest; poświęcisz go i wszystkie jego sprzęty, i będzie święty. I namaścisz ołtarz całopalenia ze wszystkimi jego przyborami, i poświęcisz go, i będzie bardzo święty. Namaścisz również kadź i podstawę jej i poświęcisz ją. Wtedy przyprowadzisz Aarona i jego synów przed wejście do Namiotu Spotkania i obmyjesz ich wodą. Następnie ubierzesz Aarona w święte szaty i namaścisz go, i poświęcisz go, aby Mi służył jako kapłan. Każesz także zbliżyć się jego synom i ubierzesz ich w szaty. Potem namaścisz ich, jak namaściłeś ich ojca, aby Mi służyli jako kapłani." [Biblia Tysiąclecia, Wj 40, 1-14] 
Arka Przymierza była największą bronią Izraelitów przez wiele pokoleń. Dzięki niej wygrywano wiele bitew. Jednak po śmierci Mojżesza, aż po czasy Dawida i Salomona, kolejni przywódcy Izraela, unikali bezpośrednich kontaktów z Arką, kiedy tylko mogli. Można nawet powiedzieć, że po prostu sami się jej bali. Arka bywała bowiem nadal nieobliczalna. W sposób wyraźny widać było, że nie była wszechwiedzącą emanacją Boga Opiekuńczego, lecz niebezpiecznym narzędziem, które potrafiło wymykać się spod kontroli. Lewici nadal spełniali swą posługę Rycerzy i Kapłanów Arki, jednak nadanie im funkcji, która z biegiem dziesięcioleci, stawała się coraz bardziej niezrozumiała dla postronnych, spowodowało, że traktowano ich z poważaniem, lecz na dystans. Przecież im bardziej czegoś nie rozumiemy, tym bardziej się tego boimy, nieprawdaż? Namiot Arki był z reguły umieszczany z dala od królewskich siedzib, aż wreszcie zaczął dojrzewać pomysł zbudowania miejsca, w którym można było bezpiecznie ukryć Arkę, tak aby można było nadal ją czcić i jednocześnie, aby nie stanowiła ona zagrożenia. W Pierwszej Księdze Kronik, umierający Dawid mówi: 
Moim pragnieniem było zbudować dom odpoczynku dla Arki Przymierza Pańskiego jako podnóżek stóp Boga naszego i poczyniłem przygotowania do budowy. Ale Bóg rzekł do mnie: "Nie zbudujesz domu dla imienia mego, bo jesteś mężem wojny i rozlewałeś krew. (...) Salomon, syn twój, on to zbuduje mój dom i moje dziedzińce, albowiem wybrałem go sobie na syna, a Ja będę mu ojcem." [Biblia Tysiąclecia, 1 Krn 28]. 
Oczywiście, jak wszyscy wiemy, Słowo Ciałem się stało i na rozkaz Salomona ok. 966 r. p.n.e. rozpoczęto budowę świątyni. Opis budowy świątyni znajdziecie w Drugiej Księdze Kronik, Rozdziały 3-5 - TUTAJ LINK STARTOWY. Po ukończeniu budowy:
"Salomon zwołał starszyznę Izraela i wszystkich naczelników pokoleń, przywódców rodów Izraelitów do Jerozolimy, na przeniesienie Arki Przymierza Pańskiego z Miasta Dawidowego, czyli z Syjonu. Zebrali się więc u króla wszyscy Izraelici na święto, siódmego miesiąca. Kiedy przyszła cała starszyzna Izraela, lewici wzięli Arkę i wnieśli ją oraz Namiot Spotkania i wszystkie święte sprzęty, jakie były w namiocie. Przenieśli je kapłani oraz lewici. Król zaś Salomon i cała społeczność Izraela, zgromadzona przy nim przed Arką, składali na ofiarę owce i woły, których nie rachowano i nie obliczono z powodu wielkiej ilości. Następnie kapłani wprowadzili Arkę Przymierza Pańskiego na jej miejsce do sanktuarium świątyni, to jest do Miejsca Najświętszego, pod skrzydła cherubów, a cheruby miały tak rozpostarte skrzydła nad miejscem Arki, że okrywały Arkę i jej drążki z wierzchu. Drążki te były tak długie, że ich końce były widoczne przed sanktuarium poza Arką, z zewnątrz jednak nie były widoczne. Pozostają one tam aż do dnia dzisiejszego. W Arce zaś nie było nic oprócz dwóch tablic, które Mojżesz tam złożył pod Horebem, gdy Pan zawarł przymierze z Izraelitami w czasie ich wyjścia z Egiptu." [Biblia Tysiąclecia, 2Krn 5, 2-10] 
I tu właśnie tajemnicza relikwia pozostała przez paręset lat, póki w tajemniczych okolicznościach nie zaginęła, gdzieś między dziesiątym a szóstym wiekiem p.n.e. Z kolejnych ksiąg Starego Testamentu, Arka zniknęła niemal bezpowrotnie i zupełnie bez echa, co wydaje się bardzo dziwne, jeśli wziąć pod uwagę wielkość kultu i splendor, jakim otaczano ją wcześniej. Mało tego: w Starym Testamencie nie znajdziecie nawet odniesienia typu "działo się to w czasie, gdy Arkę wykradziono/ zniszczono/ ukryto" - po prostu wyparowała. Nikt nad nią nie płakał, nie napisano nawet linijki psalmu na temat jej zniknięcia. Największy religijny artefakt Starego Testamentu, zwyczajnie zapadł się pod ziemię i przestał interesować Izraelitów. 


Aż tyle informacji (i to naprawdę w ogromnym skrócie) przyszło mi przytoczyć, w ramach wstępu do historii, którą miałam przyjemność prześledzić wraz z Grahamem Hancockiem w jego fascynującej książce, pt. "Znak i Pieczęć. W poszukiwaniu Arki Przymierza". Nie jest to pierwsza z hipotez, z jakimi miałam okazję się zetknąć, w przeróżnych artykułach i książkach. Jest to jednak pierwsza, tak spójnie opisana. Graham Hancock jest bardzo wnikliwym dziennikarzem i badaczem. Niektóre z elementów tej układanki wprawiały mnie w prawdziwe osłupienie. Jego zacięcie do odkrycia prawdy, podróżowanie szlakiem Arki Przymierza, poszukiwanie najmniejszych śladów oraz wskazywanie niemal niedostrzegalnych związków pomiędzy okruchami faktów, do jakich udało mu się dotrzeć, jest naprawdę niesamowite. Wydawało mi się, że zdołam to opisać w jednym poście, ale teraz widzę, że to niemożliwe, dlatego zapraszam na kolejne części. Zapewniam, że będzie ciekawie :)

niedziela, 18 sierpnia 2013

Obiecałam legendę, a więc czas na morskie opowieści.

Od momentu, gdy jakiś czas temu przeczytałam przepiękną powieść pt. "Mgły Avalonu" Marion Bradley, a następnie zanurzyłam się w świat Białej Bogini Roberta Graves'a, mam wrażenie, że wszędzie widzę elementy zapomnianego kultu, w którym wszechobecne niegdyś kapłanki Bogini otaczano czcią. Nie była to pierwsza książka, która wskazała mi na ten właśnie brakujący element dziejów ludzkości, ale pierwsza, która uczyniła to tak spójnie i przekonująco, zbierając wszystkie porozrzucane okruchy w jedną całość. Oczywiście "Mgły Avalonu" nie są książką naukową; to wyłącznie fascynująca fabuła oparta o legendę i kilka potwierdzonych historycznie faktów. Jednak mam wrażenie, że powieść "przyszła" do mnie w odpowiednim momencie, a wszystko, co zebrałam potem było już wręcz lawiną obrazów i tekstów. 
Odczucia, o których wspominam, naszły mnie również, gdy na nadmorskim deptaku, czytałam legendę o Juracie. Królowa Bałtyku Jurata jest bohaterką wielu morskich opowieści - jest zarówno wrażliwa, łagodna i mądra, jak i kapryśna, zazdrosna i porywcza. Wypisz wymaluj przypomina boginie z greckich mitów, nieprawdaż? Zapominamy, że i Słowianie mieli swoich kapryśnych bogów i boginie. Oceńcie zresztą sami, czy opowieść ta nie nawiązuje do czasów, w których matriarchalne wspólnoty traktowano z należytym szacunkiem? 

Zapraszam do krainy baśni i legend ;)

_____________________________________________________________

LEGENDA O JURACIE

Od dawien dawna prowadził przez ziemię polską handlowy szlak zwany ,,bursztynowym". W pierwszych wiekach naszej ery przybywali tu kupcy rzymscy po bursztyn, zwany wówczas jantarem, który często ceniony był wyżej niż złoto. Jeszcze przed panowaniem księcia Mieszka I i jego syna króla Bolesława Chrobrego zaczęli przyjeżdżać kupcy z Dalekiego Wschodu. Od XV w. zasłynęły w ówczesnym świecie gdańskie wyroby z bursztynu.
Przez długie wieki wspomagał on rybaków w latach „chudych", kiedy sieci bywały puste, a szalejące wichry zalewały brzegi, niszcząc łodzie i sieci, a czasem i niejedną rybacką checz. Zbierane wtedy okruchy tego złocistego morskiego kamienia, wyrzucanego przez fale z dna Bałtyku, znajdowały chętnych nabywców, jednych bogacąc, ratując innych od widma głodu. Ale ludność nie wiedziała, skąd się ,,to cudo" bierze. Wierzono, że dzieje się to za sprawą walki dobrych duchów ze złymi. I tak powstała baśń o pięknej Juracie i zemście boga Perkuna. 


Na dnie Bałtyku, w okolicach dzisiejszego Półwyspu Helskiego, miała swój piękny złocisty pałac królowa boginek morskich Jurata. Była to dobra królowa. Nie pozwalała boginkom swawolnymi psotami wyrządzać żadnej szkody rybakom. Choć pracowali ciężko, byli biedni, połowy mieli skromne i głód często zaglądał do ich checzy. A były one nędzne, bez okien, okopcone dymem wydobywającym się przez dziurę w dachu z tlącego się dzień i noc ogniska. 
Pewnego razu królowa zapragnęła pokazać swoim dworkom ciężką pracę rybaków. Opuściła więc swój wspaniały zamek i ukryła się z nimi w kępie nadmorskich krzewów w pobliżu miejsca, skąd zwykle wyruszali na połów.
— Spójrzcie — rzekła — przed rozpoczęciem połowu składają bogom ofiarę. Sami nie są syci. a jednak każdy z nich choć po najmniejszym kawałeczku podpłomyka rzuca do morza na przebłaganie bogów za popełnione winy i z prośbą o obfity połów. Czyż nie są to dobrzy ludzie?
— To może im pomożemy? — zapytała najmłodsza boginka. 
— Ależ tak, tak — zakrzyknęły pozostałe. — Trzeba im pomóc. Ty, o pani — zwróciły się do Juraty — jesteś królową, masz moc czarnoksięską, spełnimy wszystkie twoje rozkazy. 
Uśmiechnęła się piękna Jurata i rzekła:
— Zaczarujemy bezmyślne wichry, które burzą toń morza i zatapiają łodzie. Każda z was wypłynie na powierzchnię wody i będzie śpiewać pieśni o miłości. Wichry, wsłuchując się w nie, polecą za wami, a wy popłyniecie daleko od miejsca, w którym rybacy będą łowić ryby. 
Dziwili się później rybacy, że złagodniały fale, nie szarpią już i nie wywracają ich skromnych maleńkich łodzi, sieci są ciężkie od ryb i nikt już nie wraca z pustymi rękami do checzy. Co silniejsi i młodsi łowili nawet we dnie i w nocy. A kobiety płatały dorsze, śledzie i flądry, suszyły je w słońcu, wędziły lub soliły na zapas w przepaścistych i do tej pory pustych beczkach.
— Posłuchajcie mnie, ojcowie — powiedział jednego razu najmłodszy, ale mądry i pracowity rybak zwany Tosiem. — To nie są zwyczajne połowy, ktoś nam pomaga. Ale kto?
— Rację ma — odrzekli starsi — może to rusałki, a może jakieś dobre bóstwo Morza? 
— Boginek i rusałek się wam zachciało — zajazgotały białki — my już wam nie wystarczamy, co? 
— Głupie — ofuknął je stary Ksander. — Macie syte brzuchy, to się już wam w tych owczych łbach poprzewracało. Trzeba coś postanowić... Rozpalmy święty ogień na brzegu przy pełni księżyca, a jako ofiarę nieznanym mocom niechaj każdy rzuci nań najtłuściejszą rybę z ostatniego połowu. Jeśli ofiara zostanie przyjęta, ogień buchnie ku niebu, przecie ktoś się pojawi. Ino się nie strachajcie. Będziemy śpiewali stare święte pieśni — nie stanie się nam krzywda. Drzewiej, za moich dziecinnych lat, taki był zwyczaj. 

Autor zdjęcia: Waldemar Książkiewicz

Rybacy zrobili dokładnie tak, jak poradził im stary Ksander. Kiedy ogromny rumiany słoneczny podpłomyk pogrążył się w falach morza, a na jego miejsce powoli wytaczał się pyzaty roześmiany księżyc, rozpalili przygotowane ognisko. I choć ufali starcowi, serca ich biły niespokojnie. A nuż się dobre bóstwo obrazi? Z wielką żarliwością, wzbudzając w sobie wiarę i nadzieję, rozpoczęli błagalne śpiewy.
W pewnej chwili rozwarły się fale morza i wynurzyła się z nich młoda, nadzwyczajnej urody dziewczyna. Zamilkli, trochę zdziwieni, trochę przestraszeni. Stali niepewni, nie wiedząc, co teraz będzie z nimi.
— Nie lękajcie się — ozwała się ona melodyjnym głosem. — Jestem królową tej wody. Na jej dnie mam pałac i wiele wiernych boginek. Odkąd tu zamieszkałam, poznałam waszą ciężką pracę i mizerne życie. Przekonałam się, że jesteście ludem uczciwym. I dlatego postanowiłam wam pomóc. Niczego w zamian nie żądam.
Dookoła ogniska przez dłuższą chwilę panowała cisza. Nagle z tłumu wysunął się młody piękny rybak Toś i patrząc śmiało na królową postąpił ku niej kilka kroków. Pokłonił się nisko i rzekł:
— Miłościwa pani, nawet nie znamy waszego imienia, a chciałbym ułożyć pieśń na waszą cześć. Jako podziękowanie będziemy ją śpiewać przed każdym wypłynięciem na połów.
Podobała się królowej odwaga rybaka, odparła więc łaskawie:
— Zwą mnie Jurata albo Bursztynka. Tobie zaś dziękuję za dobre chęci. Z przyjemnością będę słuchała tej pieśni — i uśmiechnęła się" tak słodko, że aż rybakowi zabiło gwałtownie serce.
Połowy nadal były obfite, a rybacy składali królowej swoje skromne dary i śpiewali pieśń, którą ułożył młody rybak. Wnet zrozumieli, że zakochał się w niej bez pamięci. Ale nie bali się o jego los, bo wiedzieli, że Jurata ma dobre serce.


Rybacy nie spodziewali się, że pieśń tę usłyszy nie tylko Jurata, ale i Perkun, potężny bóg Morza i Ziemi. Postanowił on przekonać się, czy rzeczywiście Jurata jest tak piękna, jak śpiewają rybacy. Kiedy przybył do podwodnego pałacu, zakochał się w Juracie od pierwszego wejrzenia.
— Jurato! — zawołał — jak to się stało, że do tej pory ciebie nie widziałem? Nie spotkałem nigdzie?
— Nie interesowałeś się, panie, biednymi — odrzekła śmiało królowa. — Gdybyś postąpił tak jak ja, śpiewaliby i o tobie. 
— Nie potrzebuję ich śpiewu — odparł dumnie. — Pragnę ciebie. Jestem bogiem i mam władzę nad całą ziemią. 
— Właśnie — odparła — żądza władzy przesłoniła ci dobro tego ludu. Ale ja — nie pokocham ciebie, panie. Moje serce należy do młodego rybaka i tylko jego poślubię. 
— Szalona! — krzyknął rozgniewany Perkun. — Zastanów się! Daję ci pięć dni do namysłu. Jeśli odmówisz, moja zemsta spadnie na ciebie, na rybaka i jego ziomków. — To powiedziawszy odpłynął wśród wzburzonych fal. 
Młody rybak także pokochał gorąco królową, ale nie śmiał jej wyznać swego uczucia, zresztą od owego wieczoru nigdy już jej nie spotkał, chociaż codziennie śpiewał swoją pieśń, pełną miłości i tęsknoty. Ale oto pewnego razu, wracając samotnie z połowu, ujrzał Juratę siedzącą przy dogasającym ognisku na morskim brzegu. Serce zabiło mu gwałtownie i nie mógł opanować drżenia rąk, gdy wyciągał łódkę na piasek.
— Czego się lękasz? — zapytała królowa — miłości? To najpiękniejsze uczucie. Ja też cię pokochałam od pierwszego spotkania. Czy poszedłbyś ze mną do pałacu? A może masz rodzinę? Żonę? Matkę?
— Nie, pani — wyjąkał Toś — jestem samotny, całkiem samotny... 
— Nie jesteś już samotny, masz mnie. Ale śpieszmy się! Zostaw sieci i łódź na brzegu. Bóg Perkun dał mi tylko pięć dni do namysłu. Czy zechcesz je spędzić ze mną? 
— O, moja ukochana królowo! Tak! Tak! — zawołał rybak. 
— Ale pamiętaj, że po upływie tego czasu oboje zginiemy. 
— Niech się tak stanie! 
Wtedy Jurata objęła go za szyję i pierwsza złożyła pocałunek na jego ustach. I popłynęli do cudownego jantarowego pałacu na dnie Bałtyku. 

Autor: Yaroslav Gerzedovich "Sea Queen and Sailor"

Królowa opowiedziała boginkom o rozmowie z bogiem Perkunem i o swoim postanowieniu. Każda z nich, gdy zechce, może opuścić pałac, te, które pozostaną — zginą wraz z nią. Zdecydowały, że zostaną wszystkie. 
Perkun po upływie pięciu dni dowiedział się całej prawdy o królowej i młodym rybaku i wówczas uderzył potężnym piorunem w podwodny pałac Juraty. Zginęła Jurata, zginął młody rybak i wszystkie boginki morskie. Cały pałac, zbudowany ze złocistego kamienia, rozsypał się w gruzy. Woda wzburzona wściekłością Perkuna wyrzucała jego okruchy na morski brzeg.
Zdziwieni i przerażeni rybacy nieprędko odkryli prawdę. A kiedy zrozumieli, że oto ich ukochana opiekunka i mądry młody rybak zginęli, aby swoją śmiercią zapewnić im życie - z wdzięczności nazwali swoją osadę - Jurata, a złocisty kamień - bursztynem. 

Autor zdjęcia: kasiafo


niedziela, 11 sierpnia 2013

Lekko, wakacyjnie, bursztynowo.

Jak przystało na okres wakacyjny, podzielę się dziś z Wami opowieściami i informacjami przywiezionymi prosto z bałtyckich plaż. Spisałam je z tablic informacyjnych w małej nadmorskiej miejscowości, którą odwiedzam niemal od urodzenia. Mieszkałam przez dobre 20 lat niecałe 30 km od tej miejscowości i tak mi już zostało, że jeśli wybieram morze, to zawsze tylko tam :) Nie są to dziewicze plaże, ale dalekie są od zatłoczonych nadbałtyckich kurortów, których unikam jak ognia. Zdecydowałam, że napiszę ten post zaraz po tym, jak pierwszy raz w życiu uzbierałam na plaży taką oto garść bursztynków. Miałam jakieś nieodparte wrażenie, że te obfite zbiory są związane z tymi właśnie opowieściami. Chyba nawet poczułam coś rodzaju obowiązku dyktowanego przez słowiańskie, morskie duchy... 

My own preciousssss... ;) 

Bursztyn bałtycki - trochę historii
Pierwsze odnalezione ozdoby z bursztynu pochodziły już z późnego paleolitu, starszej epoki kamienia, jednakże prawdziwą popularność tego surowca datuje się na mezolit - środkową epokę kamienia (8000-4800 lat pne.) Wówczas na terenie Morza Bałtyckiego znajdowało się wielkie Jezioro Ancylusowe. Ustępujące lodowce i wody pozostawiły po sobie rozległe torfowiska, bagna i mokradła. Znaleziska archeologiczne dowiodły, że na tych terenach bursztyn był bardzo powszechnym surowcem, przeznaczonym do wyrobu ozdób, amuletów i drobnych paciorków. (...) Służył także do rzeźbienia figurek zwierząt, związanych ściśle z magią łowów, tworzeniem totemów i talizmanów, zapewniających obfite polowania. 
Bursztynowy niedźwiadek (ok. 10 cm) znaleziony w 1887r.
podczas kopania torfu, w okolicach Słupska,
datowany na lata 1700-650r. pne. 
(...) Poza funkcją ozdobną i mistyczną bursztyn służył przede wszystkim jako środek płatniczy. Jego wartość ceniona była w handlu szczególnie z tymi regionami, które ubogie były w zasoby tego surowca. Warto wspomnieć, że bursztyn, dzięki swym niezwykłym właściwościom, już wówczas stosowany był także w leczeniu rozmaitych schorzeń. (...)
Jutlandia (dziś głównie tereny Danii), zwana krainą bursztynu, już 4500 lat pne. stosowała go w magicznych obrzędach, tzw. ofiarach zakładzinowych związanych ściśle ze stawianiem fundamentów budowli mieszkalnych i sakralnych. W miejscach, gdzie miał stanąć budynek, zakopywano w ziemi gliniane naczynia z miedzianymi i bursztynowymi ozdobami, mającymi zapewnić domostwu i jego mieszkańcom spokój, dostatek i bezpieczeństwo.
Od zamierzchłych czasów bursztyn był w centrum zainteresowania człowieka jako surowiec o wyjątkowych właściwościach i urodzie. Szczególne miejsce znalazł w starożytnej Grecji, gdzie po raz pierwszy porównany został do łez. Sofokles pisał, że bursztyn jest łzami mitycznych ptaków indyjskich, które opłakiwały tragiczną śmierć bohatera wyprawy po złote runo - Meleagra. Według Eurypidesa bursztyn powstał z łez Heliad - sióstr niepokornego Faetona, syna Heliosa, który ukradłszy ojcu mityczny rydwan i zniszczywszy ziemię, zginął rażony przez Zeusa gromem. [moja uwaga: ten sam mit wspomniany został w platońskiej opowieści o Atlantydzie, o której pisałam w majowym poście]. Nicjas z Aten uważał jantar za promienie słońca rzucane o jego zachodzie na ziemię, stąd też z racji złotej barwy i wówczas jeszcze tajemniczego pochodzenia, zwany był kamieniem słońca.
Pochodzenie i właściwości bursztynu bałtyckiego
Bursztyn bałtycki, zwany także sukcynitem, bałtyckim złotem lub jantarem to kopalna żywica powstała w naturalnych warunkach około 40-50 milionów lat temu. [że co?!!!!] Formowanie się bursztynu będącego wynikiem wydostawania się żywicy z pęknięć pni i gałęzi, nie jest związane z jednym gatunkiem drzew. Każde złoże tego surowca w zależności od jego umiejscowienia kształtowało się w wyniku żywicowania odmiennego gatunku. Właściwości chemiczno-fizyczne bursztynu bałtyckiego wskazują na jego pochodzenie, rzecz dziwna, od araukarii Agathis, której pozostałości brak jest praktycznie na całej półkuli północnej. 
araukaria
Najprawdopodobniej "producentem" tego cennego surowca był wymarły gatunek sosen. Współczesne gatunki tych drzew wykazują niewielki stopień żywiczności, a ich żywica różni się składem chemicznym od swoich przodków. Pozostaje przypuszczać, że sosny sprzed 50 mln lat miały zgoła inne właściwości.
Początek procesu powstawania bursztynu miał miejsce w warunkach lądowych, wskutek wyciekania żywicy z uszkodzonego drzewa i uchodzenia z niej składników lotnych, co w konsekwencji doprowadzało do jej stwardnienia. Istotną rolę w formowaniu bursztynów miały także bakterie, jednakże ostateczny kształt nadawała im woda morska. W eocenie (56-34 mln lat temu) miejsce miała transgresja morska, czyli zalewanie lądu przez morze wskutek ruchów tektonicznych. Wówczas to wiele lasów bursztynodajnych wraz z bogatymi złożami żywicy znalazło się pod wodą. Ruchy wody morskiej: falowanie, pływy i prądy przenosiły bryłki żywicy wraz z leśną glebą i pniami, pokrywając je piaskiem, mułem oraz martwymi roślinami i zwierzętami morskimi. Morski osad denny stopniowo pokrywający nanosy żywicy przyczynił się do stworzenia wtórnych złóż bursztynu. Mimo licznych badań zmierzających do odpowiedzi na pytanie jak tworzy się ten niezwykły surowiec, wciąż brak jest istotnych danych dotyczących przemian chemicznych, które doprowadziły do jego powstania.
Wyjątkowość naszego bałtyckiego jantaru opiera się przede wszystkim na niespotykanej zawartości tzw. kwasu bursztynowego, wahającej się w granicach 3-8%, co sprawia, że jest on stosunkowo twardy i błyszczący. (...) Najczęściej bursztyny bałtyckie mają żółtą barwę w różnych odcieniach. Niekiedy bywają też czerwonawe, mlecznobiałe lub brunatne. Rzadkością są bursztyny o odcieniu zielonkawym lub niebieskawym. 
Pozyskiwanie bursztynu z Bałtyku
Pierwsze udokumentowane wzmianki o poławianiu bursztynu z morza sięgają X wieku pne. Dzięki fragmentowi obelisku z tamtego okresu odnalezionemu w Niniwie, na którym widnieje napis wykonany pismem klinowym wiemy, że już wówczas walory tego surowca były bardzo cenione. (...) W polskiej literaturze tradycje wyławiania z morza bursztynu znaleźć można w zapiskach Macieja Kromera z XVI w. zawartych w dziele "Polska". Autor wzmiankował o nagich ludziach, którzy brodząc w morzu wyławiali niesiony prze fale bursztyn. O bardzo intensywnej eksploatacji bursztynu w XVI w. świadcza też różnorodne ryciny i napisy na mapach z tamtego okresu. Mapa z 1539r. przygotowana przez niejakiego Olausa Magnusa przedstawia beczułki i ludzi z łopatami, co świadczyć może o poszukiwaniu bursztynów także na nabrzeżu. (...) Na mapie tego samego autora z 1555r. wokół beczułek widać leżące bursztyny. Bardzo istotnym jest fakt, ze już wówczas wiedziano w jakich warunkach połowy jantaru są najbardziej korzystne. (...) Wiele więcej szczegółów dotyczących pozyskiwania jantaru z wód Bałtyku przekazuje literatura XVIII i XIX wieku, w której znaleźć można liczne wzmianki o jego zbieraniu i łowieniu. Na jej podstawie można odtworzyć metody, jakimi posługiwano się w celu wydobycia tego surowca. Najpowszechniejszym i nie wymagającym nadmiernego wysiłku sposobem zbierania bursztynu było poszukiwanie go na brzegu morza po sztormach i nawałnicach lub przekopywanie gruntu wzdłuż plaży. Zbieracze bursztynu często brodzili w wodzie wydobywając z niej na brzeg nagromadzone osady i wodorosty, z których ich rodziny wybierały złote bryłki jantaru.

Od siebie mogę dodać, że sposób poszukiwania bursztynów przez grzebanie w wodorostach, albo muszelkowych "śmieciach" leżących na brzegu, poznałam jeszcze w czasach studenckich, od jakiejś przypadkowo poznanej wczasowiczki-zbieraczki. Nigdy jednak nie udało mi się zebrać ich aż tyle :) Tym razem musiałam chyba dostać jakieś specjalne pozwolenie od Juraty ;)
Aha i jeszcze jedno. Na samym dole jest mapka Polski z zaznaczonymi obszarami występowania bursztynu. Oczywiście znalazłam go tam, gdzie występować nie powinien - to pas wybrzeża na zachód od Kołobrzegu. Kto by się tam słuchał naukowców - przecież nie Matka Ziemia ;)
Początkowo myślałam, że to będzie jeden post, ale doszłam do wniosku, że jednak podzielę go na dwa. W następnym będzie nadbałtycka legenda - zapraszam za parę dni. Na razie przeczytajcie jeszcze kilka bursztynowych ciekawostek.



BURSZTYNOWE CIEKAWOSTKI

Bursztyn zgromadzony był na morenach polodowcowych, czyli olbrzymich, przemieszanych masach piasku, gliny i kamieni, pozostawionych przez topniejący lodowiec skandynawski. 

Na terenie dzisiejszej Polski jantar znany był i używany jako biżuteria już około 11.000 lat temu. 

Nazwa sukcynit pojawiła się po raz pierwszy w dziele rzymskiego pisarza Pilniusza Starszego "Naturalis Historia". Pochodzi ona od łacińskiego sucus - sok. Stąd żywica, jako "sok z drzewa", zwana jest sucinium. Również Tacyt, jeden z najwybitniejszych rzymskich historyków, żyjący w latach 55-120, w swoim dziele "Germania" określił bursztyn jako żywice drzew. 

Nazwa "bursztyn" zapożyczona została najprawdopodobniej z dialektu średniodolnoniemieckiego "bornsten" lub wschodniopruskiego "bornstein". 

Zwiększone żywicowanie drzew spowodować mogły popioły wulkaniczne. Prawdopodobnie chmury popiołów powodujące dłuższą noc wpłynęły na wydzielanie przez drzewa większej niż zwykle ilości żywicy. 

Największa znaleziona w 1984r. bryła bursztynu bałtyckiego ważyła 3100 gram. Skłonność sukcynitu do wietrzenia sprawiła, że obecnie jej masa nie przekracza 2880 gram, choć wymiary pozostały takie same. 

Największą ilość bursztynu wyrzuca morze. W roku 1800 na pruskim wybrzeżu, po silnym sztormie, udało się w ciągu jednego dnia zebrać niebagatelną liczbę 150 beczek jantaru.

Potarty bursztyn wydziela ostrą żywiczną woń. Nadal nie do końca wiadomo, co jest tego przyczyną. Wszelkie ugrupowania aromatyczne w ciągu milionów lat tworzenia się tego surowca musiały się ulotnić, co nie zmienia faktu, ze ogrzany bursztyn wydziela specyficzny zapach. 

W roku 1500 w rejonie Sambii (Obwód Kaliningradzki) pewien rolnik w czasie prac polowych natrafił na niewielką bryłkę bursztynu. Zdziwiony zaczął przeszukiwać spulchnioną ziemię znajdując jeszcze kilka fragmentów jantaru. Od tego czasu rozpoczęto poszukiwanie surowca w ziemi, tworząc kopalnie odkrywkowe.

I - Rejon Możdżanowa 
II - Rejon Chłapowsko-Sambijski
III - Rejon Borów Tucholskich 
IV - Kurpie 
V- Rejon Parczewa 


niedziela, 14 lipca 2013

U zarania dziejów - mityczne dzieje ludzkości.


MITYCZNE EPOKI HEZJODA


Dziewięć wieków p.n.e. grecki poeta Hezjod opisał w jednym ze swoich dzieł cztery mityczne epoki. Hezjod należał prawdopodobnie do grona aojdów, czyli kogoś w rodzaju bardów, znanych nam również z opowieści celtyckich. Robert Graves w swoim dziele "Biała Bogini" nadaje bardom dużo większe znaczenie niż przyjęło się twierdzić. Określa ich on mianowicie jako strażników prawdy, którą, mieli za zadanie przekazując w pieśniach, ukryć tak skutecznie, aby była ona dostrzegalna tylko przez tych, którzy są na nią przygotowani. Nadaje im więc funkcję wręcz mistyczną.

Hezjod żył w innych czasach niż celtyccy bardowie, o których wspomina Graves. Niemniej jednak śmiem twierdzić, że średniowieczne skrzywienie, które utrwaliło obraz barda jako wiecznie pijanego, rozwiązłego i tchórzliwego pieśniarza, wyrządziło wiele krzywdy tej profesji, którą w zamierzchłych czasach otaczano najprawdopodobniej czcią równą kapłanom i mistykom.

Trzeba tu również pamiętać o jednej istotnej sprawie. W starożytności, to słowo było ważniejsze od pisma. W dzisiejszych czasach otoczeni jesteśmy niewyobrażalnie ogromną ilością tekstów. Sztuka gawędziarska zanikła niemal zupełnie. Ja sama często łapię się na tym, że mam problem z przekazaniem bardziej rozbudowanych opowieści (o bajkach na dobranoc nie wspominając). Dużo łatwiej idzie mi ze słowem pisanym. To trochę tak, jakbym w momencie, gdy zaczynam mówić, przestawała słyszeć swoje myśli - gubię wątki, brakuje mi słów. Myślę jednak, że jest to kwestia treningu... po prostu na co dzień piszę więcej, niż mam okazję opowiadać...
Wracając jednak do Starożytnych, należy pamiętać, że dawniej wiedza była przekazywana przede wszystkim ustnie. Zwróćmy uwagę choćby na szkoły talmudyczne, gdzie jeszcze na początku XX wieku, chłopcy uczyli się na pamięć ogromnych ustępów z Tory. Nie wiem jak jest teraz; myślę, że podobnie. Technika ta była związana przede wszystkim z rytmem nauczanych tekstów. Każdy przecież wie, ze łatwiej nauczyć się rymowanego lub tylko rytmicznego wiersza, niż dwóch stron tekstu napisanego prozą. Spotkałam się również z hipotezą, że płyta nagrobna Pacala, była czymś w rodzaju ściągi, dla recytowania historii dziejów tamtejszych ludów. Opisał to Maurice Cottrell w książce "Superbogowie". Swoje badania oparł na równo ściętym jednym z narożników tej płyty. Może kiedyś jeszcze wrócę do tego wątku.
Wygląda więc na to, że technik związanych z zapamiętywaniem długich i rozbudowanych tekstów było znacznie więcej i były one znane starożytnym, tak samo jak i nam. Szkoda tylko, że oni te techniki wykorzystywali na co dzień, a my już niekoniecznie. Jedną z takich technik pamięciowych była z całą pewnością pieśń i tu wracamy już do Hezjoda i tego co jednak na szczęście spisano.

ZŁOTY WIEK



  
"(...) a ty nie zapomnij mojego wywodu: Że i bogowie i ludzie z jednego wywodzą się rodu. Najpierw stworzyli na ziemi szerokiej niebiescy bogowie To pokolenie, co złotym ludzkości okresem się zowie. Żyli ci ludzie w tym czasie gdy Kronos królował na niebie, Żyli zaś niby bogowie nie będąc nigdy w potrzebie, Pracy ni trudów nie znając, ni cierpień przykrej starości, Ani w nogach ni w rękach nie tracąc młodzieńczej świeżości. Żyli w dostatku radośnie, od wszelkich cierpień z daleka, Śmierć zabierała ich z ziemi jak sen łagodny tak lekka." [Hezjod, Praca i dni]

"Ludzie z tej rasy żyli niczym bogowie. (...) Po śmierci przeobrażali się w geniuszy - dobrowolnych strażników opiekujących się żywymi. Przynosili ludziom szczęście, byli patronami muzyki i pomagali w utrzymaniu sprawiedliwości, jeśli postępowano zgodnie z ich duchowymi radami." [Murry Hope, Tradycja grecka] 

Czy słowa Murry Hope nie przypominają wam buddyjskiej idei bodhisattwy, czyli tego, który z własnej woli nie staje się po oświeceniu częścią Boskiej Światłości, lecz wraca na ziemię, aby nauczać i opiekować się ludzkością...?

A co na to pokrewny buddyzmowi hinduizm ? Czy to przypadek, że przywykliśmy traktować informacyjno-mistyczny przekaz obydwu tych religii z szacunkiem, przynależnym starcom?

"Hindusi wyróżniali trzy światy: świat Boga, świat materialny i świat duchowy. Ich istnienie miało się dzielić na trwające 5000 lat epoki wzrostu i zagłady świata, te zaś z kolei na cztery krótsze okresy, w których duchowość zamierała w wyniku działania sił natury. Na początku dwoje bogów zstąpiło ze świata duchowego i przyjęło materialną postać. Świat był wówczas piękny i wolny od zanieczyszczeń. Na ziemi nastał raj, Złoty Wiek. Smutku jeszcze wówczas nie było. Bogowie rozmnażali się, zaludnili swój ląd i cieszyli się owocami ziemi. Po upływie 1250 lat liczba ludności wzrosła na tyle, ze nie starczało miejsca na nowe gospodarstwa. Ludzie zaczęli więc migrować. Wtedy narodził się smutek, bo wieka rodzina musiała się podzielić; po raz pierwszy pojawiły się łzy" [Maurice Cottrell, Superbogowie]


SREBRNY WIEK



"Drugie wnet pokolenie stworzyli niebiescy bogowie Dużo gorsze, co srebrnym ludzkości okresem się zowie Wzrostem ani zdolnością złotemu nierówne już przecie Wtedy synowie przy matce troskliwej przez całe stulecie W domu chowali się, nigdy nawyków dziecięcych nie tracąc. A gdy dojrzeli na tyle, by żyć samodzielnie już zacząć, Żyli przez okres króciutki znosząc z swej winy cierpienia (...)" [Hezjod, Praca i dni]

Hezjod, żyjący w wiekach żelaznych nie kryje tu niechęci w stosunku do zniewieściałych w jego interpretacji mężczyzn. Wydaje się jednak, że już jego czasy zostały silnie wypaczone przez religie patriarchalne, przez co, nie potrafił on dostrzec siły, jaka drzemała w opisanych srebrnych latach ludzkości. Była to już niestety siła obca czasom Hezjoda, mająca swoje źródło w lunarnych kultach matriarchalnych.

"Ludzie tej rasy byli głównie rolnikami, wegetarianami, nie lubili wojen i dożywali w zdrowiu sędziwego wieku. (...) Nie składali też ofiar Zeusowi, co rzecz jasna gniewało boga do tego stopnia, ze w końcu zniszczył ich strącając w głąb ziemi. Pojawiali się potem w innych mitach jako rasa podziemna, której oddawano swoistą cześć. Wiek srebrny odnosi się w niektórych badaniach do kultury minojskiej, a w każdym razie do tego wczesnego okresu, kiedy w Europie i na Środkowym Wschodzie dominowały kulty bogiń." [Murry Hope, Tradycja Grecka]

"Pod koniec srebrnego wieku ludzie zapomnieli o swych korzeniach i zaczęli się uważać za osobne rodziny i plemiona."[Maurice Cottrell, Superbogowie]

Czy nie trąca to nieco Wieżą Babel, kojarzoną powszechnie z karą bogów za "grzech" ciekawości, głupio nazwanym zresztą grzechem pychy? Czy i ten mit padł ofiarą dziejowego "głuchego telefonu" ?


WIEK BRĄZU LUB WIEK MIEDZIANY





"Zeus pokolenie też inne - spiżowych ludzi - na świecie Stworzył z jesionu, gwałtowne i silne srebrnemu już przecie w niczym nierówne, bo ono jedynie w krwawe wyprawy Wojnę i przemoc wierzyło ze zboża nie jedząc potrawy. Serca zaś mieli ci ludzie niezłomne, jak gdyby ze stali; Wzrostem potężni i siłą - żądzą utarczek pałali" [Hezjod, Praca i dni]

"Według niektórych podań ludzie ci wyginęli wyrzynając się nawzajem. (...) Hezjod podaje własny wariant mitu pisząc, że zanim nastał wiek żelazny, Zeus stworzył rasę boskich herosów - do nich należeli bohaterowie wojen trojańskiej i tebańskiej. Byli sprawiedliwsi i lepsi od ludzi wieku miedzianego, zaś po śmierci odchodzili na Wyspy Szczęśliwe, które opasywał swoimi ramionami Okeanos." [Murry Hope, Tradycja Grecka]

"Sąsiedzi różnili się od siebie coraz bardziej i wkrótce nastąpił Wiek Miedzi, w którym dawanie zastąpił handel. (...) Ludzi przybywało i potrzebowali coraz więcej żywności, więc zaczęli zabijać zwierzęta. Ziemia została podzielona na gospodarstwa ogrodzone płotami (...)" [Maurice Cottrell, Superbogowie]


WIEK ŻELAZA czyli Fortuna Imperatrix Mundi



"Wtedy też Zeus pokolenie znów inne stworzył śmiertelnych, Którzy obecnie mieszkają na ziemi, co plony nam niesie. Obym ja nie żył obecnie w tym ludzkości okresie! Wcześniej wolałbym ja umrzeć lub później urodzić się przecie, Bo pokolenie żelazne, obecnie żyjące na świecie, W trudach i znojach ni we dnie nie w nocy na chwilę nie spocznie, Ciężkie zaś troski bogowie zsyłać im będą naocznie" [Hezjod, Praca i dni]

"Żelazny wiek określa się generalnie jako epokę, w której dominuje nędza, zbrodnia, oszustwo i okrucieństwo, a człowiek za nic ma przysięgi, sprawiedliwość i cnoty." [Murry Hope, Tradycja Grecka]


"W Rigwedzie i Mahabharacie czytamy, że obecny Wiek Żelaza (Wiek Kali) rozpoczął się od śmierci Krishny, który ma ponoć wrócić na białym koniu (?!;) jako bóg Kalki, aby przygotować kosmiczne odrodzenie po zagładzie planety w ogniu i potopie, podczas krótkiego okresu zwanego Wiekiem Rozwiązania. Na końcu każdego cyklu między zagładą jednej epoki i stworzeniem następnej, Wisznu śpi na wężu nieskończoności imieniem Ananta, a jednocześnie unosi się w powietrzu jako ptak Garuda. Będąc pośrednikiem między tymi dwoma Wisznu ukazuje swoją moc." [Maurice Cottrell, Superbogowie]


PODSUMOWANIE

Podobieństwa między przedstawionymi wersjami dziejów są zbyt duże, aby pominąć je milczeniem. Widać wyraźnie, że Hezjod opierał się na historiach, już w jego czasach, znanych zapewne od wieków. Daniken twierdzi, że Hezjod korzystał ze źródeł egipskich. A z jakich źródeł korzystali Egipcjanie? Czyżby, z rozpalających wyobraźnię swą plastycznością opisów, hinduskich eposów? A może po prostu wszyscy mieli tych samych nauczycieli dawno, dawno temu...?
Nasza teraźniejszość była kiedyś przyszłością, a będzie przeszłością dla kolejnych pokoleń. I błędem byłoby przyjęcie trwałego założenia, że jakaś przyszła cywilizacja technologiczna, opisując tę przeszłość, posłuży się znanymi nam pojęciami. Użyje raczej własnych, a nasze czasy staną się legendą. Dlatego warto nieść pamięć o tym, że:
"Who controls the past controls the future: who controls the present controls the past." [George Orwell, 1984]

"All of this has happened before and will happen again" [Battlestar Galactica, 2004]

ponieważ współczesna popkultura również może być źródłem wartościowych wniosków.