piątek, 25 kwietnia 2014

O tym, czego nas nie uczą w szkole o Słowianach

Ciężko jest zabrać się do tego posta, zwłaszcza po tak długim milczeniu. Przede wszystkim jednak dlatego, że nie bardzo wiem od czego zacząć, a opisać to wszystko co pochłonęło mnie ostatnimi czasy i co obudziło we mnie nuty znane a dotychczas uśpione - zwyczajnie nie sposób. Jedno jest pewne - im dalej się szuka, tym bliżej się znajduje... 


Nawet jeśli wiecie o historii Polski bardzo mało, to z całą pewnością wiecie przynajmniej tyle, że po II Wojnie Światowej, nasza zachodnia granica znalazła się na Odrze i Nysie Łużyckiej, a cała komunistyczna propaganda skupiła się na podkreślaniu polskości Szczecina, Wolina, Kołobrzegu czy Wrocławia. Tak zwane Ziemie Odzyskane stanęły otworem dla tych, których miasta i wsie rodzinne nagle znalazły się w granicach Związku Radzieckiego. Mimo tego jednak, że od II Wojny Światowej minęło prawie 70 lat, to ci, którzy na tych ziemiach mieszkają, ciągle czują się tak jakby czas świetności tych ziem skończył się w momencie gdy wypędzono z nich Niemców. Oglądamy stare, przedwojenne widokówki i porównujemy, jak zmieniły się na przestrzeni lat miasta, wsie i miasteczka, w których mieszkamy, a w których jeszcze 80 lat temu mieszkali Niemcy. Do dziś wielu szczecinian, wzrusza pogardliwie ramionami, gdy mówi się o polskości Szczecina.  

Czego więc zabrakło w całym systemie edukacyjno-propagandowym, że wielu z nas, poza zasłyszanymi gdzieś, luźnymi informacjami, nie uświadamia sobie, że tereny aż po Łabę zajmowali Słowianie. Dlaczego myśląc o czasach Mieszka I nie uzmysławiamy sobie tych faktów? Pewnie dlatego, że cały czas tkwimy w granicach wyznaczanych przez państwa a nie narody. A tymczasem sami zobaczcie na mapie niżej, dokąd przeszło 1000 lat temu sięgali Słowianie. Związek Wielecki obejmuje nieistniejący jeszcze Berlin, a Obodrzyci i Wagrowie sięgają aż Półwyspu Jutlandzkiego. Wierzyć się nie chce, prawda ? Zresztą... kto z nas, kończąc szkołę słyszał cokolwiek o Wieletach, Redarach, Ranach, Arkonie...? W szkołach nie uczą historii; uczą historii państwowości - czy uświadomienie sobie tego nie jest dla was przerażające...? 


Słowianie tymczasem nie tworzyli państw, dlatego ich/nasze dzieje znamy dopiero od 966r. - daty, która dla tych terenów nie była żadnym błogosławieństwem. Przyniosła bowiem jarzmo niechcianej religii. Chrzest Polski, to pierwsza data z dziejów Polski, o jakiej uczymy się w szkolnych podręcznikach - przed nią jakby nic na tych terenach nie istniało. Jak to się stało, że z początkiem n.e. Cesarstwo Rzymskie ruszyło na Wyspy Brytyjskiej, a nie połakomiło się na dużo żyźniejsze i bardziej przyjazne klimatem ziemie leżące nad Bałtykiem? Dziwne prawda? A czy nie jest równie dziwne, że tak ogromny teren nie ma udokumentowanej swojej historii sięgającej poza 966 rok ? Wiele jest takich znaków zapytania, gdy zaczyna się studiować tę tematykę. Dlatego dziś, po tej długiej przerwie, zamiast opowieści o tajemnicach odległych czasów i miejsc, przypomnę lub przedstawię wam historię stosunkowo niedawną, a jednak mało znaną. 

"Księstwo polańskie, a jak w mowie potocznej coraz częściej powiadano: polskie, ograniczała od północy rzeka Noteć, od wschodu Prusowie i Jadźwingi, od południa kraj Wiślan i Śląsk, od zachodu, Wieleci i Łużyczanie. Na tym obszarze leżały ziemie Polan (właściwa kolebka państwa, zwana później Wielkopolską), Kujawian, Łęczycan, Mazowszan. Rządzili tym państwem od wieku książęta mówiący o sobie, że pochodzą z rodu kołodzieja Piasta. Obecnie panował tam Mieszko, rozumny, przewidujący i zachłanny książę. Posiadał świetną drużynę bojową, trzy tysiące wojów. Żupy i grody dostarczały naznaczonej liczby tarczowników i czeladzi. Z taką siłą nie obawiał się nikogo. Budował warowne grody. Kupcy arabscy i greccy, wędrujący dawnym rzymskim szlakiem przez Bramę Morawską na Kalisz, po bursztyn, płaty lniane, miód lub na północ po futra, opowiadali z uznaniem o potędze Mieszki i nazywali go „królem północy". Żyd hiszpański z Tortosy, Ibrahim ibn Jakub pozostawił opis zamożnej Polski Mieszkowej (...)" [Troja Północy, Zofia Kossak, Zygmunt Szatkowski, wyd. 1960r. str.53-54]
Świątynia Radogosta - Wsiewołod Iwanow
„Słowianie są skorzy do zaczepki i gwałtowni, i gdyby nie ich niezgoda wywołana mnogością szczepów, żaden lud nie zdołałby im sprostać w sile. Zamieszkują oni krainy najbogatsze w plony i najzasobniejsze w środki żywności. Oddają się ze szczególną gorliwością rolnictwu... w czym przewyższają wszystkie ludy Północy. Handel ich dociera lądem i morzem do Rusów i do Konstantynopola... We wszystkich krajach Północy głód nie powstaje wskutek braku opadów i długotrwałej suszy, lecz z powodu częstych deszczów i nagromadzenia wody gruntowej. Suszy nie boją się wcale, a to z powodu wilgotności ich krajów i wielkiego zimna. Sieją w dwóch porach roku, późnym latem i na wiosnę, i zbierają dwa zbiory [więc trójpolówka?]. Najwięcej sieją prosa. Zimno jest dla nich zdrowe, nawet gdy jest bardzo wielkie, a gorąco zgubne... Unikają spożywania kurcząt... jedzą natomiast mięso krowie i gęsie, bo im to służy. Ubierają się w szaty przestronne, tylko przy napięstku obcisłe... Większość ich sadów to jabłonie, grusze i brzoskwinie. W nich żyje dziwny ptak o ciemnozielonawym odcieniu, który powtarza głosy ludzi i nazywa się po słowiańsku sb'a [szpak]. I żyje w nich kura dzika, która się zowie po słowiańsku tietra [cietrzew] o smacznym mięsie... Ich wino i napoje upajające to miód... Kraje Słowian są najzimniejsze ze wszystkich krajów. Najtęższy mróz bywa u nich, gdy noce są księżycowe, a dnie pogodne. Ziemia wtedy kamienieje i marzną wszelkie płyny".  [Ibrahim ibn Jakub, Relacja z podróży do krajów słowiańskich]
"Na zachód od tego miasta mieszka pewien szczep należący do Słowian, zwany ludem Welteba [Weleci]. (...) Posiadają oni potężne miasto nad Oceanem [Bałtykiem], mające dwanaście bram. Ma ono przystań, do której używają przepołowionych pani. Wojują oni z Mieszkiem, a ich siła bojowa jest wielka. Nie mają króla i nie dają się prowadzić jednemu władcy, a sprawującymi władzę wśród nich są ich starsi." [Ibrahim ibn Jakub, Relacja z podróży do krajów słowiańskich]
"Jest w kraju Redarów pewien gród o trójkątnym kształcie i trzech bramach doń wiodących, zwany Radogoszcz, który otacza zewsząd wielka puszcza, ręką tubylców nietknięta i jako świętość czczona. Dwie bramy tego grodu stoją otworem dla wszystkich wchodzących, trzecia, od strony wschodniej, jest najmniejsza i wychodzi na ścieżkę, która prowadzi do położonego obok i strasznie wyglądającego jeziora. W grodzie znajduje się tylko jedna świątynia, zbudowana misternie z drzewa i spoczywająca na fundamencie z rogów dzikich zwierząt. Jej ściany zewnętrzne zdobią różne wizerunki bogów i bogiń — jak można zauważyć, patrząc z bliska — w przedziwny rzeźbione sposób; wewnątrz zaś stoją bogowie zrobieni ludzką ręką, w straszliwych hełmach i pancerzach każdy z wyrytym u spodu imieniem. Pierwszy pośród nich nazywa się Swarożyc [lub Radogost] i szczególnej doznaje czci u wszystkich pogan. Znajdują się tam również sztandary, których nigdzie stąd nie zabierają, chyba że są potrzebne na wyprawę wojenną, i wówczas niosą je piesi wojownicy." [Kronika Thietmara, wyd. Universitas 2012, str. 130-131]
Gdy Mieszko I przyjął chrzest i uznał religię chrześcijańską za obowiązującą w jego państwie, nie wszyscy książęta byli zachwyceni takim obrotem spraw. Mimo tego podkreślanego stale faktu, że uczynione to zostało za sprawą słowiańskich przecież Czechów, religia ta i wszystkie związane z nią obowiązki, niezmiennie kojarzone były z Niemcami. Najbardziej oporni w przyjęciu nowej religii byli właśnie Słowianie Połabscy, czyli ci, którzy do Niemców mieli najbliżej i którzy nieustannie z nimi wojowali. To dlatego państwo Mieszka I kończy się umownie właśnie na Odrze - Święty Związek Czterech Plemion (Wieleci) pozostał przy wierze przodków. Być może, z racji bliskości Niemców, rozumieli bardziej niż Mieszko, że przyjęcie nowej religii oznaczać będzie koniec wolności, a może po prostu nie uświadomili sobie ducha czasów i dlatego niewielu dziś o nich słyszało...? Patrząc na ich dzieje, odnosi się wrażenie, że spalili się we własnym ogniu. Coś dziwnego było w tych sojuszach kierujących się raz w stronę Sasów przeciwko Mieszkowi, a raz w stronę Polan przeciwko Sasom. Mimo tego braku jednolitego kierunku działań, pozostali bastionem starej wiary chyba najdłużej ze wszystkich plemion Słowiańskich.

Jeszcze bardziej na zachód własne tereny mieli też Obodrzyce (patrz mapka wyżej).
"Książę Nakon, brat Stojgniewa, poległego nad Raksą, zasłynął jako zjednoczyciel plemion obodrzyckich, czym znacznie wzmocnił swe państwo. Jednym z jego następców był Billug, o którym wypada szerzej opowiedzieć. Książę ten tym się różnił od reszty Połabian, że miast nienawidzieć chrześcijaństwa, ciekawił się tą nauką, jak gdyby nie wiedząc, że to przynęta niemiecka. Słuchał chętnie zakonników ze starogardzkiego klasztoru, odwiedzających nieraz jego dworzec. Byli to ludzie cisi, bezorężni, podobniejsi do uczniów św. Metodego niż do wojowniczych biskupów. Nigdy na dworcu książęcym nie słyszano równie pięknych opowieści jak te, które oni snuli opowiadając o swoim Bogu, aniołach i Świętych. Dodawali również (szczerze prawili, wierząc, że tak jest istotnie), iż przyjęcie chrześcijaństwa przyniosłoby księciu i jego krajowi ogromne korzyści. Wszyscy chrześcijanie są braćmi, dziećmi jednego Ojca Przedwiecznego, więc z momentem chrztu znika różnica między Słowianinem a Sasem. Pokój, wzajemna życzliwość zajmują miejsce dotychczasowej wrogości. Wiara prawdziwa to błogosławieństwo dla całego kraju.
Póty mówili, aż wielki książę (choć nie dziecko przecie!) uwierzył ich słowom i został chrześcijaninem. Nie wiemy, jak go wołały ojce słowiańskie. Obce imię Billuga otrzymał dopiero na chrzcie. Nadał mu je biskup na pamiątkę pogromcy Słowian, komesa Hermanna Billinga. A tak, już na progu nowej wiary, naznaczono nowochrzczeńca piętnem służebnictwa.
Szemrali, burzyli się poddani na postępek książęcy, na to imię niemieckie, na odstępstwo starych bogów. Gdyby Billug był księciem Wieleckim obieranym przez wiecowników, wiec pozbawiłby go tronu, lecz u Obodrzyców władza książęca była dziedziczna i nietykalna. Szemrali tym więcej, że nie sprawdziło się nic z pięknych zapowiedzi mnichów, ciężar zaś dziesięcin, jakie książę musiał płacić Kościołowi, okazał się ponad siły poddanych." [Troja Północy, Zofia Kossak, Zygmunt Szatkowski, wyd. 1960r. str.69] 
„Składano biskupowi z całej ziemi Wągrów albo Obodrzyców roczną daninę, która miejsce dziesięciny zastępowała, a mianowicie od każdego pługa miarę zboża, zwaną po słowiańsku kuritze [korzec], czterdzieści motków lnu i dwanaście sztuk pieniędzy czystego srebra. Prócz tego jeden pieniądz dla tego, który daninę wybierał. Słowiański zaś pług oznaczał to samo, co para wołów lub jeden koń." [Helmold, Kronika Słowian]
"Były to wielkie i niegodziwe ciężary. Niezależnie od nich lud płacił przecież wysokie daniny na utrzymanie książęcego dworu i wojska. A teraz biskupia danina: któryż rolnik mógł dać dwanaście sztuk srebra od pługa? Któryż rolnik posiadał srebro w ogóle? W braku pieniędzy poborca biskupi przeliczał należną sumę na zboże, płótno, skóry, miód, wosk albo trzodę. Przeliczał dowolnie i kończyło się zazwyczaj tym, że poborca odchodząc, zabierał wszystek dobytek rolnika. Nie mieliż ludzie narzekać, przeklinać książęcego odstępstwa? Ileż łaskawsze były stare bogi i żerce w lnianym odzieniu zadawalniające się tym, co ludzie przynieśli! Udręczeni rolnicy chodzili skarżyć się do świętego gaju." [Troja Północy, Zofia Kossak, Zygmunt Szatkowski, wyd. 1960r. str.70]  
Iwan Szyszkin 

„...obaczyliśmy między drzewami potężne dęby poświęcone bogu ziemi starogardzkiej [wagryjskiej] Prowemu, otoczone dziedzińcem. Dziedziniec opasywał parkan starannie z drzewa zbudowany, posiadający dwie bramy. ...to miejsce było świętością... Tam... lud tego kraju z kapłanem i księciem zbierali się zwykle na sądy. Wejście na dziedziniec było wszystkim zabronione, wyjąwszy kapłana i przynoszących ofiary lub tych, co byli w niebezpieczeństwie śmierci. Takim nigdy schronienia nie odmawiano. Taką zaś wielką cześć mają Słowianie dla swych bogów, że obrębu świątyń nawet w czasie wojny krwią kalać nie pozwalają. Na przysięgę z trudnością się godzą w obawie, by przez krzywoprzysięstwo nie ściągnąć na siebie gniewu bogów... Słowianie... pomiędzy różnokształtnymi bogami, którym poświęcają pola, lasy, smutki swe i radości, wyznają także, że jest jeden Bóg, który w niebie innymi bogami rządzi... że inni wykonują tylko poruczone im obowiązki, że z jego krwi pochodzą i że każdy tym jest wyższy, im jest bliżej owego boga bogów." [Helmold, Kronika Słowian]
"Gdy bezlitosny poborca niemiecki opróżnił chlewy i gumna, po czym obrabowanym kazał ucałować krzyż, burzyła się w nich krew, zaciskały pięści. To nie byli barankowie zastrachani. Helmod kronikarz pisał o tym ludzie: „Aldenburg, który w języku słowiańskim Starogard, czyli stary gród, się nazywa, leży w ziemi Wągrów... To miasto, czyli kraj, był zamieszkały przez najdzielniejszych mężów słowiańskich... Miał za sąsiadów saskie i duńskie ludy i wszystkie wzajemne napady bądź sam naprzód czynił, bądź na sobie je przyjmował." Najdzielniejsi męże w gaju Prowego przykładali palące dłonie do kory, pokrywającej pokracznie skręcone pnie, i przysięgali zemstę." [Troja Północy, Zofia Kossak, Zygmunt Szatkowski, wyd. 1960r. str.71] 
"Ubodzy, cisi zakonnicy, którym zawierzył Billug, przestali odwiedzać dworzec książęcy. Za to pełno w nim było sług biskupich, podglądających, czy książę nie składa bogom obiaty, albo nie jada końskiego mięsa, o co oskarżała go żona. (Spożywanie koniny, należące do rytuału uroczystości pogańskich, było przez Kościół surowo zabronione i karane na równi z łamaniem postu.) Plemienni rodowcy i dawni druhowie Billuga odsunęli się od niego." [Troja Północy, Zofia Kossak, Zygmunt Szatkowski, wyd. 1960r. str.72]  
Przyjęcie chrześcijaństwa na nic się nie zdało obodrzyckiemu księciu Billugowi - więcej miał z tego kłopotów niż zysków. Niemieckim obietnicom dał się również zwieść jego syn Mściwój, który ze swoją wielką jak na owe czasy drużyną tysiąca wojów, ruszył wraz z cesarzem do Kalabrii, aby odbić ją muzułmanom. Przyobiecana "ręka księżniczki" nie czekała jednak na niego po powrocie, tym bardziej, że z tysiąca wojów powróciło zaledwie kilkudziesięciu. 
"Obrażony książę Mściwoj wzywa starszyznę. Mówi o doznanej zniewadze. To zniewaga całego plemienia. Żąda, by mu pomogli ją pomścić. Lecz słuchacze pozostają obojętni. „Sam tego chciałeś — powiadają — ulubiłeś sobie ród Sasów wiarołomny i chciwy. Słusznie teraz cierpisz." Nie znajdzie książę posłuchu wśród swoich, a zniewaga piecze. Co czynić? Wieleci nie cierpią Sasów. Wprawdzie między Wieletami a Obodrzycami częściej panuje nieprzyjaźń niż dobre stosunki, szczególnie obecnie, po przyjęciu chrześcijaństwa przez Billuga, lecz Mściwoj na to nie zważa. Udaje się do Redarów, choć przejmuje go lęk. Został chrześcijaninem, a świątynia Swarożyca to nie gaj Prowego, gdzie wiatr szumi wśród gałęzi, zaś świętego obrębu krwią kalać nie wolno. To Radogoszcz. (...)
Swaróg - Igor Ożiganow

U Wieletów o wszystkim postanawia wiec. W obliczu zwołanego wiecu książę obodrzycki opowiada swoją sprawę, wzywa do walki z Niemcami. Przypomina krzywdy i łupiestwo, przedstawia korzystne okoliczności, klęskę cesarza w Italii. Był tam, widział uchodzące, przerażone niedobitki! Jeżeli kiedy uderzyć, to teraz. Wiecownicy, kapłani, słuchają w milczeniu. O, ich nie trzeba zagrzewać do boju! Dla Redarów, Doleńców, Czrezpienian, Chyżan, nie masz piękniejszej pobudki nad zawołanie: Bij Niemców! Rozumieją korzyści obecnego położenia. Lecz milczą, bo nie ufają Mściwojowi. Niech wpierw zaprzysięgnie, że do chrześcijaństwa nigdy nie powróci. Bez wahania książę czyni, czego żądają. Wypiera się Chrystusa i Bogarodzicy, składa ofiarę przed posągiem Swarożyca. Przysięga na świętą ziemię, święty ogień, świętą wodę. Wtedy dopiero Redarowie wśród radosnej wrzawy wynoszą znaki bojowe z ciemnego wnętrza świątyni. Odstępca oddycha z ulgą.
— Precz z Niemcami! Wyżenąć Niemców! Precz z chrześcijaństwem! To hasło leci lotem błyskawicy nad krajem. Nie ma radia, nie ma prasy, więc jak się rozchodzi? Wiatr je powtarza? Drzewa powtarzają, że Chrystus obalon, wrócą stare bogi? Jak by pękły tamy wstrzymujące powódź, jak by pożar ogarnął wysuszony bór — cały kraj staje na nogi. Dość, zadość ucisku, zdzierstwa, krzywdy, pomiatania! Dosyć przemocą narzuconej wiary! Wyżenąć Sasów! Szaleństwo ogarnia głowy, W każdym grodzie rzwą rogi bojowe, z każdego siodła wychodzą męże zbrojni w topory i maczugi. We wspólnym froncie łączą się wszystkie plemiona. Nawet Czesi rzucają się przeciw Niemcom, zdobywając Żytyce (dzisiejsze Zeitz). Ze wszystkich ludów połabskich tylko Łużyczanie i Serbowie nie biorą w powstaniu udziału. Reszta jak wezbrana rzeka wali na zachód, mordując po drodze wszystko co niemieckie. Zabijają Bogu ducha winnych księży i braci zakonnych. Palą kościoły, burzą klasztory, obalają biskupstwa, w grodach dzierżonych przez Sasów nie zostawiają przy życiu nikogo z załogi. Darmo przerażeni Teodoryk i Bernard usiłują stawić lawinie czoło, ściągają zewsząd oddziały. Próżne zabiegi. Sasów ogarnia panika. Pierzchają, a dowódcy z nimi." 
[Troja Północy, Zofia Kossak, Zygmunt Szatkowski, wyd. 1960r. str.74-77]  
Zaczęła się ta zbrodnia 29 czerwca [983r.]od wyrżnięcia załogi w Hobolinie i zniszczenia tamtejszej katedry. W trzy dni potem zjednoczone siły Słowian napadły, w chwili gdy dzwoniono na jutrznię, na katedrę brenneńską, która została założona trzydzieści lat wcześniej od magdeburskiej. Jej trzeci z kolei pasterz Folkmer uratował się na czas ucieczką, jej zaś obrońca Teodoryk wraz z rycerstwem ledwie uszli tegoż dnia przed wrogiem. (...) Cały skarb kościelny został rozgrabiony i wiele krwi się polało w sposób pożałowania godny. Zamiast Chrystusowi i jego zacnemu rybakowi Piotrowi zaczęto oddawać cześć różnym bożkom z diabelskiej herezji poczętym i tę żałosną zmianę pochwalali nie tylko poganie, lecz także chrześcijanie. W tym czasie wojska czeskie pod wodzą księcia Dedi zajęły i złupiły biskupstwo w Żytycach, wypędziwszy stamtąd pierwszego biskupa, Hugona. Po tych wypadkach Słowianie zniszczyli klasztor Św. Wawrzyńca w grodzie Kalbe, a następnie ścigali naszych, uciekających jak pierzchliwe jelenie. Nasze bowiem grzechy przydawały nam strachu, a im męstwa. Książę Obodrzyców Mściwoj spalił i spustoszył Hamburg, gdzie niegdyś była siedziba biskupia. (...) Gdy już wszystkie miasta i wsie aż do rzeki zwanej Tongerą padły ofiarą niszczycielskiego ognia i rabunku, nadciągnęło od strony Słowian więcej niż trzydzieści pieszych i konnych oddziałów, które z pomocą swoich bożków, przy dźwięku poprzedzających je rogów, nie zawahały się przed spustoszeniem reszty, same nie ponosząc żadnej straty." [Kronika Thietmara, wyd. Universitas 2012, str.50-51]
"Zwycięstwo ich jest całkowite, lecz nie będzie długotrwałe. Osiągnęli cel, wyparli Niemców za Łabę za Limes Sorabicus, naznaczoną niegdyś przez Karola Wielkiego. Cóż zdawałoby się ważniejszego teraz, jak nie dopuścić, by nieprzyjaciel tę linię przekroczył znowu? Gdybyż w upojonym powodzeniem tłumie znalazł się jeden mąż na miarę polańskiego Mieszka! Jeden wódz, co by umiał przewidywać! Gdyby wtedy w r. 983 zwycięskie plemiona słowiańskie przyjęły chrzest od Czech lub Polski, a brzegi Łaby zmieniły w obóz warowny! Jakże inaczej potoczyłyby się dzieje! Lecz to nie przychodzi im do głowy. Wypędzili wroga i zadowoleni wracają do domów, by tam podejmować zwyczajne swe sąsiedzkie spory. Tak kończy się pierwsze wielkie powstanie pogańskie Słowian." [Troja Północy, Zofia Kossak, Zygmunt Szatkowski, wyd. 1960r. str.80]  
W ten sposób podsumowała jedną ze swoich opowieści Zofia Kossak. Nie podoba mi się ta konkluzja, ale czytając cytowaną wyżej książkę, szybko zorientowałam się, że podobnie tendencyjnych wniosków będzie w niej całe mnóstwo. Niemniej jednak jest to naprawdę wyjątkowe dzieło. Czytam te historie, odkrywając nieznane mi zupełnie dzieje tych ziem. 

20 komentarzy:

  1. Fajny wpis, ja miałem to szczęście że trafiłem na świetnego nauczyciela historii i coś tam o Słowianach chyba więcej się dowiedziałem :)

    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To faktycznie miałeś szczęście. Dobry nauczyciel i nauczyciel z pasją, to największe szczęście, jakie można mieć w szkolnym systemie. Niewielu je ma ;) Na ogół w głowach pozostaje tylko historia ułożona politycznie - od granicy do granicy i od daty do daty. Uczymy się historii państwa, a ci, którzy tego państwa nie tworzyli odchodzą w zapomnienie. Tak właściwie, do Wieletów, jako przodków, nie przyznają się, ani Polacy, ani Niemcy (jak sądzę):
      - Polacy, bo Wieleci (mimo iż Słowianie) nie chcieli z nimi współtworzyć słowiańskiego państwa chrześcijańskiego.
      - Niemcy natomiast, bo mimo iż zamieszkiwali tereny, które przez stulecia uznali za swoje, nie mogą ich traktować jako swoich przodków, bo przecież byli Słowianami.
      Niewiele wiemy o naszej historii, niewiele wiemy o naszej słowiańskiej mitologii, niewiele wiemy o naszych przodkach. Pora żeby to zmienić. Skoro szkoła sobie z tym nie radzi, kolej na nas samych... ;)

      Pozdrawiam i dzięki za komentarz :)

      Usuń
  2. Witaj, bardzo ciekawy, pouczający tekst. Gdyby trzymać się - wyłącznie - faktów, to Niemczury musiałyby nam oddać większość ziem, które bezprawnie zajmują a tak, jako że w dzisiejszych Słowianach mało już dawnej, jeszcze "przedwojennej" bitności, to Oni (Sasi) trzęsący dzisiejszą Europą, trują Słowian jak stonkę ziemniaczaną.
    Mitologia Słowian wciąż skrywa wiele interesujących wątków, podobnież ich historia, tradycja. Źle się stało, że Europa została przez Germanów schrystianizowana, bardzo źle się stało. Jednakowoż, jak przyglądam się zarówno jednym, jak i drugim - dzisiaj nie mam ochoty mieć nic wspólnego ani z jednym, ani z drugim. Religie (czy mono, czy politeistyczne) to jedno g., ludzkość nie osiągnie niczego, jak będzie się w tym babrać. Co nie znaczy, że Polacy nie mają prawa znać swych korzeni. Wręcz przeciwnie, tożsamość narodowa - ważna rzecz. To z niej rodzi się duma i przywiązanie, w tym dobrym tych słów znaczeniu. Jak długo Słowianie nie znają siebie, tak długo są gnojeni. A czy przetrwają chemtrails? Nie wiem... Nie widzę tego w jasnych barwach.

    Pozdrawiam i dzięki za kolejny ciekawy tekst :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzieje i mitologia Słowian to tereny na które weszłam z oczami szeroko otwartymi ze zdumienia. Nadal mam wrażenie, że poruszam się w tym wszystkim jak dziecko we mgle, ale za to jak mi dobrze, gdy te puzzle same się zaczynają układać w logiczne obrazy.
      Źle się stało że Europa została schrystianizowana. Źle się dzieje wszędzie tam, gdzie wprowadza się zwyczaje i wierzenia jako fundamenty państwowości. To jest dobre tylko dla ciemnych mas, dlatego narody najpierw się ogłupia a potem straszy grzechem. Zgadzam się że to są przemyślane działania. Słowianie mają ogromny problem z tożsamością - przez te historyczne zawieruchy pogubili związki z tym co najbliższe...

      Dzięki że o mnie pamiętasz ;) Pozdrawiam !

      Usuń
  3. Nasza nauczycielka z historii była beznadziejna, cytowała nam podręcznik od historii słowo w słowo...a jak się zacieła koleżanka siędzaca w pierwszej ławce podpowiadała jej i ...lekcja trwała dalej.
    Świetny artykuł. zaciekawiło mnie:"Słowianie są skorzy do zaczepki i gwałtowni, i gdyby nie ich niezgoda wywołana mnogością szczepów, żaden lud nie zdołałby im sprostać w sile" - do dziś się mówi : gdzie dwóch Polaków tam trzy opinie. No ale jak to tak z dziada pradziada to co się dziwić....
    6.11.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :)) też zwróciłam uwagę na to zdanie, gdy montowałam ten post. Jest szczególne bo mówi o tym, czego nigdy się nie dowiedzieliśmy o Słowianach, gdy była mowa o tym okresie. Nigdy nie słyszeliśmy o waleczności ówczesnych Słowian, a było o niej głośno w różnych europejskich kronikach. Tylko nasze rodzime coś o niej milczą jakby je ktoś wyczyścił. Są tacy, którzy twierdzą, że historię napisali nam ci, którzy nas pokonali. Im dłużej się w tym grzebię, tym trudniej jest mi się z tym nie zgodzić...

      Pozdrawiam !

      Usuń
  4. Niewiele jest ciekawych blogów w necie (= zdolnych przykuć na dłużej moją uwagę) a więc gdy już takowe znajdę, trzymam się ich wiernie. Ja jestem zdania, że każdy ma prawo i nawet powinien, jeśli chce znać/rozumieć samego siebie, poznać własne korzenie. Słowianie czy jakikolwiek inny lud świata - każdy z Nas ma swoje dziedzictwo, bez niego bylibyśmy jedynie martwą materią Wszechświata, a tak - jesteśmy częścią Opowieści. :)

    Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
  5. ...częścią Opowieści ? Ładnie powiedziane :) To prawda - przecież dla Niej stale tu wracamy ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Właśnie sobie czytam "Nyklot: The Wendish Crusade and The War In Heaven 1147 AD" i to prawda co napisałaś, że o historią słowian zajmują się niesłowianie:-) Ale trochę mi nie swojo, patrzeć na korzenie naszej państwowości - toż ten Mieszko to zdrajca interesu Słowian na miarę przytaczanego Billug`a - przyjmując chrześciaństwo "wystawił" słowian po zachodnim brzegu Odry na pastwę Niemców. Z drugiej strony udało się Słowian z Germanami skłucić - przecież z tych samych stron przywędrowaliśmy, (Germanie ciut wcześniej) i początkowo mieliśmy podobne obyczaje vide Gibbon "Zmierzch...." z tej strony patrząc osadnictwo niemieckie na naszych ziemiach nie napotykało na jakiś opór, a wręcz przeciwnie... ale nie w tym rzecz wracając do Mieszka, owego nieprawego władcy, który wyciął podstępem załogę Czeską w Krakowie (gdy go wpóścili do miasta, jako wdowca po Dobrawie, jak swego), a następnie prześladował chrześcijan obrządku wschodniego (mieliśmy wcześniej biskupstwo w Krakowie niż w Gnieźnie!). Pogromy Mieszka kontynuował jego syn Bolesław wychowany zresztą na dworze Niemieckim - nie dziwi, że nawet władze Kościelne po tym wszystkim nie zdecydowały się obwołać naszych chrzcicieli świętymi, czy nawet błogosławionymi jak innych królów chrześcijańskiej Europy. (św Wacław, św Stefan). Takie nie honorowe naszej państwowości korzenie, ale cóż - to nie znaczy, że mamy się ich wypirać....bądźmy lepsi!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie to jest najgorsze... że ci których "sławić" przywykliśmy, na sławę nie bardzo zasługują. Im więcej się o nich czyta, tym bardziej kuriozalna wydaje się oficjalna historia/edukacja. Dziwne są dzieje tych ziem... Słowianie musieli być naprawdę groźnym przeciwnikiem, skoro nikt tych ziem przez tyle lat nie podbił. Trzeba było dopiero agresora, który zawładnął umysłami na tyle mocno, że we wspólnej nienawiści zjednoczył większe siły niż tylko jedno plemię... A potem napisał nam historię i nadał jej moc do tego stopnia, że dziś mało kto uwierzy w przedmieszkowe historie spisane choćby w Kronikach Wincentego Kadłubka.

      dziękuję za komentarz i pozdrawiam :)

      btw. "Nyklot: The Wendish Crusade and The War In Heaven 1147 AD" masz w formie ebooka ?

      Usuń
    2. Nie pozostaje nic innego jak jednoczyć naszą świadomość wokół rzetelnej prawdy. To co piszę to są informacje "wyciągane" z kronik historycznych - poszczególnych miast - bo w podręcznikach się tego nie uświadczy - namawiam do podobnych wypraw, teraz coraz więcej jest udostępniane w internecie - tylko mało komu chce się to łączyć. Jest jeszcze jedna ciekawa rzecz:
      Czesi głównie utrzymywali szlak Praga - Kraków - Kijów, oczywiście przed powstaniem państwa Polskiego - stąd duża obecność osadnictwa czeskiego w okolicach Krakowa, jak również obecność ich załogi wojskowej w samym Krakowie.
      Dla Cesarstwa bardo groźnym było jednoczenie się Słowian pod egidą chrześcijaństwa w obrządku wschodnim!
      Ten szlak PKK to dla mnie brzmi jak legenda o Czechu, Lechu i Rusie działającymi jak bracia, dlatego trzeba było to rozbić od środka. Ciekawe jest też, że do idei jednoczenia Słowian w powiązaniu z Kościołem Wschodnim chciał nawiązać Król Bolesław Śmiały - co było dalej wiemy, ale chyba nie wszystko:-) Syn Bolesława Mieszko wrócił do kraju i poślubił ruską dziewczynę, którą później Długosz nazwie Eudoksją (widać wschodnie inklinacje po ojcu). Mieszka Bolesławowica struto w czasie uczty w tajemniczych okolicznościach. Gall Anonim nie podał okoliczności czy też sprawców czynu. Pisze tylko: „Jacyś wrogowie, z obawy, by krzywdy ojca nie pomścił, trucizną zgładzili tak pięknie zapowiadającego się chłopca”.

      Odnośnie "Nyklot... to sam musiałem kupić w wersji Kindle - chociaż autorem jest mój znajomy:-)
      Ale jak najbardziej jestem za wymianą materiałów źródłowych, mam wiele innych ciekawostek,
      które mogę udostępnić:-)

      Usuń
    3. "Jednoczyć świadomość wokół rzetelnej prawdy" - ładnie powiedziane :) Takoż uczyńmy ;)

      Ciekawe i logiczne jest to co piszesz o szlaku P-K-K. Dziwnie jest odkrywać logikę tam gdzie pamiętało się tylko szereg następujących po sobie faktów historycznych, często nie widząc związku między nimi. Historię Bolesława Śmiałego i jego konfliktu z biskupem też muszę zgłębić.

      Jeśli możesz coś udostępnić to poproszę na maila (dostępny na marginesie). Namierzyłam "Nyklota..." na Amazonie. To jest powieść jak widzę; myślałam że to książka dokumentalna. Twój znajomy autor ma polsko-brzmiące nazwisko - dlaczego nie wyda tego w języku polskim ?

      Usuń
    4. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
  7. Muszę skorygować swoją wypowiedź o obyczajach Germanów i Słowian. Jak pisze sam Gibbon opisując wędrówki Gotów na tereny po północnej stronie Karpat (nasze) i dalej w kierunku Morza Czarnego - napotykali oni taką mieszaninę krwi i obyczajów, która "wprawiała w zakłopotanie nawet najdoskonalszych badaczy". Spotykamy Sarmatów i Germanów walczących wspólnie u boku Kniwy króla Gotów, przeciwko Decjuszowi. Różnice obyczajowe między "czystymi" plemionami były istotne - Germanie: trwałe chaty, strój obcisły, jednożeństwo, wojsko - głównie piechota, język teutoński; Sarmaci: namioty, luźne suknie, poligamia, konnica, język słowiański. Ostatecznie jednak patrząc na czasy formowania się naszej państwowości to na pewno nie byliśmy "czystymi" Sarmatami, różnice obyczajowe zatarły się znacznie, na co miało wpływ też osadnictwo Gockie, które było nośnikiem obyczajowości: skandynawskiej (skąd pochodzili), sarmackiej i germańskiej (w zależności od kontaktów), nie możemy, też zapomnieć o osiadłej wcześniej na terenie obecnej Polski ludzie, bo Sarmaci to element napływowy i raczej mniejszościowy, oraz o przebywających okresowo na "naszej" ziemi Wandalach. Aby zobaczyć z jakiego "tygla kulturowego" się wywodzimy wystarczy przeanalizować dyskusję: http://www.historycy.org/index.php?showtopic=10536

    OdpowiedzUsuń
  8. Nie wiem jak obecnie wygląda w szkole edukacja młodzieży z jakże ważnego przedmiotu, jakim jest historia, ale wydaje mi się, że jest źle a może nawet jeszcze gorzej. Wiedza "historyczna" młodzieży jest żenująca, o czym świadczą sondy uliczne z udziałem młodych ludzi. Ważne, że Tusk i jego "giermkowie" pompują olbrzymie pieniądze na naukę religii, która powinna być nauczana poza szkołą. Wiem, że mój komentarz nie jest ściśle związany z tematem tego posta, ale pozwolę sobie na własną (subiektywną) ocenę tego, co niepokojącego zauważam w Polsce a dot. ogólnie rozumianej historii.
    Historia jest nauką (pisaną) tworzoną retrospektywnie. Co ciekawe, im dalej jesteśmy od wydarzenia, nabiera ono innego, bardziej realnego kształtu. Śmiem twierdzić, że pisanie historii o wydarzeniach, które miały miejsce stosunkowo niedawno - za naszego życia, jest obarczone różnego rodzaju "wypaczeniami", których podłożem jest głównie... polityka. Pobierając nauki w szkole podstawowej, później w średniej, wciskano mi do głowy wiedzę historyczną z podręczników, których autorką była jedna osoba, a mianowicie p. Helena Michnik, matka Adama Michnika, która miała monopol na opracowywanie szkolnych podręczników. Obecnie toczy się spór o Powstanie Warszawskie, nie tylko w kwestii, czy było ono potrzebne, czy było z góry skazane na niepowodzenie. Kiedy słucham w TV historyków, którzy się sprzeczają, co do faktów - dokumentów, które rzekomo świadczą o losach mającego nastąpić Powstania, bądź jego zaniechania, to ręce mi opadają i nie tylko ręce. Gloryfikuje się Powstańców (słusznie), ale czy znajdzie się ktoś, kto głośno powie o 18o tysiącach (tu liczby też są różne!) zwykłych mieszkańcach Warszawy, którzy zginęli w wyniku powstania, o zniszczonej - zrównanej z ziemią Warszawie. Można by powiedzieć: Panowie historycy! Ciszej nad tą trumną! Każdy z nich mówi SWOJĄ PRAWDĘ, a prawda może być tylko jedna. Drugie ważne wydarzenie historyczne, to śmierć generała Sikorskiego na Gibraltarze. Cały czas "wciskano" ludziom do głów "prawdę", że przyczyną katastrofy był błąd czeskiego pilota, który doprowadził do katastrofy. Wychodzą na światło dzienne nowe FAKTY, które potwierdzają nie tylko historycy, ale również wybitni eksperci od wypadków lotniczych. O wypadku samolotu rządowego w Smoleńsku, krąży dziesiątki "prawd", których autorami są miedzy innymi historycy, którzy rzekomo mają dokumenty - dowody świadczące o prawdziwości tego, co się wydarzyło pod Smoleńskiem. Uważam, że dopiero, kiedy opadnie "kurz" po kłótniach, kiedy minie kilka wieków, wówczas wtedy Świat dowie się prawdy o tych i innych wydarzeniach, o których w tej chwili piszę. Podsumowując, uważam, że pisanie historii "na bieżąco" jest prawie niemożliwe, ponieważ, fakty są wypaczane, przeinaczane, według zapotrzebowania politycznego. Nie jestem historykiem i nie chciałbym uczestniczyć w sporach politycznych, które oni toczą między sobą, w imię ciepłych posad, bądź przekonań politycznych, których nie powinni wywlekać przed kamerami, wystawiając sobie tym samym najgorsze świadectwo. Tu nie powinno być miejsca na rozważania czysto filozoficzne, przynajmniej takie jest moje zdanie.

    Przepraszam za tą niezbyt "zgrabną" tyradę, ale mam nadzieję, że przymniesz ją ze zrozumieniem.

    Dziękuję Ci za niezwykle ciekawy artykuł, który "otworzył" mi oczy, pozwolił spojrzeć na inaczej na dzieje Słowian, do których się zaliczmy.

    Pozdrawiam.

    Edward.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Panie Edwardzie, coraz częściej dochodzę do wniosku, że rację mają ci politycy, którzy wynajmują jakichś gryzipiórków i ci piszą książki w których tchórz i przeciętniak udekorowany jest na bohatera o intelekcie i przenikliwości Wodza Narodu. Tak samo jest z faktami historycznymi, jak np. pewna wielka klęska narodowa doczekała się okazałego muzeum i na siłę wciska się ludziom do głów, że gdy ginie ludność wielkiego miasta, a miasto to zostaje zrównane z ziemią to oznacza bohaterstwo. Nie mówi się natomiast ani słowa o tym, że dlatego Polska tak boleśnie odczuła lata PRL-u, ponieważ zabrakło nam kwiatu młodzieży wykształconej i patriotycznej, bo niepotrzebnie młodzież ta zginęła w niepotrzebnym powstaniu.

      Usuń
    2. Historia w szkole jest nauczana na żenującym poziomie. Kiedy zobaczyłam jak wyglądał pierwszy semestr historii w podręczniku mojego syna do klasy czwartej podstawówki – oniemiałam. Pierwsze zetknięcie dzisięciolatków z nauką historii to od razu zderzenie ze ścianą. To raczej wstęp do wiedzy o społeczeństwie a nie do historii jako takiej, a co to oznacza dla dzieciaków chyba nietrudno się domyślić? Spróbuj znaleźć jakiegokolwiek dziesięciolatka, który z chęcią będzie się uczył o pojęć zw. ze strukturą państwa i społeczeństwa, rodzajach źródeł historycznych i ich klasyfikacjach itp. Oczywiście w kolejnych semestrach wcale nie było lepiej. Aktualnie historia jest nauczana w cyklach trzyletnich (podstawówka kl.4-6 po 1 godzinie tygodniowo, gimnazjum kl.1-3 i liceum kl.1-3). Za moich czasów rozkładano to na dwa cykle czteroletnie (w klasie 4 podstawówki była tytułem wstępu taka skrótowa historia Polski aż do II WŚ). To ogromna różnica prawda? Rozłożyć materiał na osiem semestrów, a potem ścisnąć go do sześciu? Więc jak jesteśmy w stanie nauczać historii w cyklu pigułkowo-quizowym? Nie jesteśmy.
      Najgorsze znane mi wydawnictwo szkolne (i jednocześnie najbardziej popularne) to Nowa Era. Osoby, które zatwierdzają te podręczniki są według mnie albo głupie, albo strasznie smarkate, albo całkowicie pozbawione wyobraźni (w kontekście wczucia się w umysł małoletniego odbiorcy), albo wszystko na raz. Podręczniki są piękne i kolorowe, ale nie wiadomo czego się z nich uczyć. Tymczasem większość nauczycieli nie dyktuje już notatek do zeszytu. Znam nauczyciela historii, który zszokowany przeładowaniem informacji w danym temacie każdą lekcję kończył prosząc uczniów o otwarcie podręczników i zaznaczenie olówkiem akapitów i komentarzy które będą obowiązywały na kartkówkę/sprawdzian. Niestety nie był to nauczyciel mojego syna. Nauczycielka mojego syna beztrosko drukowała testy, które nauczyciele mają dołączane w pakiecie od wydawnictwa, które wybierają. Osoby tworzące takie testy, nie wiedzą chyba do kogo je kierują. Testy nie mają żadnej wartości merytorycznej, mają formę quizu dla bystrzaków opartego na podręczniku, przy czym akademickie „bystrzaki” które je tworzyły nie mają pojęcia jakim zasobem słów dysponuje przeciętny dziesięciolatek.

      MUSIAŁAM PODZIELIĆ MOJĄ ODPOWIEDŹ NA 2 CZĘŚCI ZE WZGLĘDU NA LICZBĘ ZNAKÓW - cdn.

      Usuń
    3. Cuda się nie zdarzają. Współczesne dzieci są zupełnie inne, myślą inaczej, używają innych pojęć, przyjmują informacje na zupełnie inne sposoby niż te znane poprzednim pokoleniom. Są wręcz przeładowane informacjami, dlatego trudno do nich dotrzeć w określonej chwili. Jeśli chcemy je nauczyć czegokolwiek, naprawdę nauczyć – czy to będzie historia, fizyka czy chemia – musimy się dostosować do nich. Musimy mówić ich językiem i z całą pewnością nie jest to język akademicki. Język akademicki jest dla elit, a gatunek ludzki nie potrzebuje elit aby przetrwać; powiem więcej: to elity i elitarne podziały doprowadzają do każdej kolejnej zagłady cywilizacji. Ludzie muszą współpracować i każdy umysł jest ważny. Często czytam w komentarzach pod artykułami nt. matur czy testów, że poziom nauczania obniżył się, że młodzież się nie uczy. Najczęściej pisza to rodzice (lub nie), którzy pojęcia nie mają z jakim materiałem i w jakim tempie musza się zmierzyć młodzi ludzie. Rodzice nie zaglądają do podręczników swoich dzieci, nie mają pojęcia jak wyglądają testy i czy są adekwatne do materiału z danego działu. Wiem to bo niejednokrotnie słyszałam co mówią na wywiadówkach. Większość wychodzi z założenia, że skoro oni przebrnęli przez system edukacji, to ich pociechy też sobie poradzą. Myślą, że mają do czynienia ze schematem, w którym żadna ze zmiennych nie zmieniła parametru. Tymczasem zmianie uległy wszystkie parametry, a nikt nie zadał sobie trudu aby to sprawdzić. To dość typowe dla naszego świata prawda? (Ktoś oglądał oskarowy „Bigshort”?)

      Moja znajoma, która jest nauczycielką z wieloletnim stażem, opowiadała, że w dużych miastach zdarzają się gimnazja, w których w pierwszych klasach nie zdaje do następnej klasy czasem przeszło połowa uczniów i tworzone są odrębne klasy dla takich spadochroniarzy. Szokujące nieprawdaż? Tylko o czym to świadczy? Czyżby stopień zidiocenia uczniów osiągnął apogeum? Och ci biedni nauczyciele, co im przyszło po tylu latach? A może jest inaczej? Może młodzi ludzie mają świadomość, że ich umysł jest zatruwany wiedzą która donikąd nie prowadzi, która powoduje, ze całe pokolenia tracą czas na bezsensowną pracę, która nic nie daje? Może mają świadomość, że nie nagradza się wysiłku tylko efekty, że nie odkrywa się indywidualnych potencjałów tylko „realizuje program”. Może mając dostęp do WSZYSTKICH informacji widzą dokładnie, że ucząc się wszystkiego po trochu, wygrywając w tym wyścigu o najlepsze szkoły, nie uczą się właściwie niczego. Kończą ten bieg z tytułem inżyniera czy magistra i odkrywają, że zatracili to co było w nich najważniejsze, że ich tytuły nic nie znaczą i że startują niemal od zera.

      W jakimś artykule przeczytałam, że w tej chwili liceum to trzyletni kurs przedmaturalny. O gimnazjach można powiedzieć dokładnie to samo. To z tą informacją powinni się zderzyć reformatorzy szkolnictwa. Szkoła nie może być kursem do testów; szkoła ma przekazywać wiedzę w sposób przystępny dla przeciętnego odbiorcy i dawać przestrzeń na rozwój własnego potencjału. Współczesna szkoła tego nie robi; współczesna szkoła to kierat, w której niemal nikt nie uczy się niczego porządnie, bo nikt o nikogo się nie troszczy. To jest pierwsza nauka jaką wynosi się ze szkoły i jednocześnie ostatnia.

      Nie wiem czy moja odpowiedź na Twój komentarz Edwardzie jest w ogóle na temat. Z całą pewnością jest skandalicznie przeterminowana, ale może to co napisałam wyjaśniło niejako moją nieobecność na blogu.

      Pozdrawiam serdecznie!

      Usuń
  9. O Słowianach ... Przepiękny temat. Ja także jestem z plemienia Słowian ... w każdym razie taką mam nadzieję. Słowianie zawładnęli tymi ziemiami i dotarli daleko na zachód od Odry i Nysy Łużyckiej, jednakże wszystkie ziemie zajmowane przez Słowian były zamieszkane przez inne ludy na długo przed przybyciem Słowian. Przypuszczam, że w naszych żyłach płynie mieszanka różnych nacji z jakimi na przestrzeni wieków spotykali się nasi przodkowie ale świadomie bądź nieświadomie deklarujemy swoją przynależność do Słowian. Jak kto ma zapotrzebowanie na wywiedzenie swojej przynależności po mieczu, bądź po kądzieli to może badać swoje DNA aż do praojca i pramatki.
    Przed kilku laty pojechałam na Święto Kargowej, a właściwie to się nazywa Święto Czekolady. Kargowa to małe, bardzo stare miasteczko leżące na tzw. Ziemiach Odzyskanych. W jednym ze stoisk była mocno starsza Pani ze swoją nie młodą już córką mówiły jakimś językiem podobnym do polskiego. One na swoim stoisku częstowały gości pradawnym miejscowym specjałem, którego ludność napływowa nie znała. Każdego roku przyjeżdżały na koszt własny. Otóż okazało się, że starsza z nich do 1945 roku mieszkała w Kargowej i każdego roku przyjeżdżała z tęsknoty za tymi ziemiami i po to aby zapalić znicze na grobach swoich bliskich. Język jakim mówiły obie Panie był serbo-łużycki, bo to był ich język ojczysty. Zatem tereny Kargowej i Babimostu (czyli na Dolnym Śląsku) i okolicach zamieszkane były przez Polaków i Serbo-łużyczan. Podobnie było w okolicy Lubska, bo tam także mieszkali Serbo- Łużyczanie. Do wielkich tragedii dochodziło wówczas, gdy na tzw. Ziemie Odzyskane napływali osadnicy zza Buga, ponieważ Serbo-łużyczanie traktowani byli jako Niemcy i rugowani ze swoich odwiecznych siedzib. Nigdy nie spotkałam się z jakimiś wyrazami współczucia, bądź przeprosinami za doznane krzywdy. Serbołużyczanie przez całe stulecia zachowali swoją tożsamość narodową aż do czasów nam współczesnych ale utracili bardzo wiele swoich wsi i swoich siedzib w okolicy Drezna, Budziszyna itp. z powodu ciągle powiększających się terenów kopalń odkrywkowych węgla brunatnego. Przez bardzo długie lata polskie rządy wspierały finansowo serbołużyczan w Niemczech ale nie wiem czy jest to nadal kontynuowane. Jeśli chodzi o chrzest Słowian to to były akcje polityczne. Podobnie było z chrztem u Germanów. Tam także religię katolicką wprowadzano pod przymusem, a kto nie chciał być chrzczony, to na poczekaniu skracano go o głowę. W okresie chrystianizacji rzeki obecnej Dolnej Saksoni zabarwiały się na czerwono.


    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj,
      od czasu publikacji tego posta minęły przeszło dwa lata. Jak to miło, ze nadal jest czytany. W tym czasie zapoznałam się z mnóstwem informacji nt. Słowian. Wiele z nich opiera się na logice intuicyjnej, mającej swoje źródło w obyczajach i wierzeniach, która to logika jest mi o wiele bliższa od wiedzy akademickiej.

      Kilka razy zastanawiałam się nad tym, co jest siłą Słowian i prawdę mówiąc jedyne co stale wraca w moich wnioskach jest to, że największą siłą Słowian jest ich nieprzewidywalność. Być może ma to jakieś podłoże w genetyce, być może mieszanie DNA zaburza tę cechę, choć nigdy nie przyznam, że taka czy inna rasa lub takie czy inne DNA, daje jakiekolwiek podstawy do wywyższania się ponad innych mieszkańcow tej planety.

      Obserwując jednak to co się dzieje wokół nas, nie można nie dostrzec, że Słowianie, zwłaszcza ci zamieszkujący tereny naszego kraju, są mocno nietypowi. Nie podkreślają własnej odrębności, łatwo nawiązują współpracę z innymi nacjami, przejmując z nich to, co pozwala na przetrwanie, a jednocześnie nigdy nie wiadomo co zrobią, bo trudno ich wpasować w ramy jakiegokolwiek prawa będącego nienaturalnym tworem innych ludzi. Są taką bombą z opóźnionym zapłonem. Potrafią walczyć do upadłego lub ukryć swoją tożsamość w obrębie własnego rodu, tak aby przetrwała całe wieki, choćby w formie przekazu ustnego wzmocnionego wyłącznie pamięcią genetyczną. To piękne i jednocześnie smutne. Smutne, ponieważ naszą tożsamość i wszystkie najlepsze cechy reaktywujemy głównie w obliczu zagrożenia. W czasach stabilizacji natomiast zapominamy kim jesteśmy…

      Może nie wszyscy, jak te panie o których napisałaś, ale to tylko oznacza, że taki nienaturalny twór jakim jest państwo jest nam obcy; dużo bliższa jest nam pamięć gromady. Wkońcu w czasach przed Mieszkiem Słowianie opierali się wyłącznie na władzy wiecowej, a centralizacja władzy następowała wyłącznie na okres działań wojennych. Może ta tożsamościowa wolność przetrwała w nas właśnie w tej formie? Kto wie…?

      Pozdrawiam i dziękuję za odwiedziny.

      Usuń