niedziela, 14 lipca 2013

U zarania dziejów - mityczne dzieje ludzkości.


MITYCZNE EPOKI HEZJODA


Dziewięć wieków p.n.e. grecki poeta Hezjod opisał w jednym ze swoich dzieł cztery mityczne epoki. Hezjod należał prawdopodobnie do grona aojdów, czyli kogoś w rodzaju bardów, znanych nam również z opowieści celtyckich. Robert Graves w swoim dziele "Biała Bogini" nadaje bardom dużo większe znaczenie niż przyjęło się twierdzić. Określa ich on mianowicie jako strażników prawdy, którą, mieli za zadanie przekazując w pieśniach, ukryć tak skutecznie, aby była ona dostrzegalna tylko przez tych, którzy są na nią przygotowani. Nadaje im więc funkcję wręcz mistyczną.

Hezjod żył w innych czasach niż celtyccy bardowie, o których wspomina Graves. Niemniej jednak śmiem twierdzić, że średniowieczne skrzywienie, które utrwaliło obraz barda jako wiecznie pijanego, rozwiązłego i tchórzliwego pieśniarza, wyrządziło wiele krzywdy tej profesji, którą w zamierzchłych czasach otaczano najprawdopodobniej czcią równą kapłanom i mistykom.

Trzeba tu również pamiętać o jednej istotnej sprawie. W starożytności, to słowo było ważniejsze od pisma. W dzisiejszych czasach otoczeni jesteśmy niewyobrażalnie ogromną ilością tekstów. Sztuka gawędziarska zanikła niemal zupełnie. Ja sama często łapię się na tym, że mam problem z przekazaniem bardziej rozbudowanych opowieści (o bajkach na dobranoc nie wspominając). Dużo łatwiej idzie mi ze słowem pisanym. To trochę tak, jakbym w momencie, gdy zaczynam mówić, przestawała słyszeć swoje myśli - gubię wątki, brakuje mi słów. Myślę jednak, że jest to kwestia treningu... po prostu na co dzień piszę więcej, niż mam okazję opowiadać...
Wracając jednak do Starożytnych, należy pamiętać, że dawniej wiedza była przekazywana przede wszystkim ustnie. Zwróćmy uwagę choćby na szkoły talmudyczne, gdzie jeszcze na początku XX wieku, chłopcy uczyli się na pamięć ogromnych ustępów z Tory. Nie wiem jak jest teraz; myślę, że podobnie. Technika ta była związana przede wszystkim z rytmem nauczanych tekstów. Każdy przecież wie, ze łatwiej nauczyć się rymowanego lub tylko rytmicznego wiersza, niż dwóch stron tekstu napisanego prozą. Spotkałam się również z hipotezą, że płyta nagrobna Pacala, była czymś w rodzaju ściągi, dla recytowania historii dziejów tamtejszych ludów. Opisał to Maurice Cottrell w książce "Superbogowie". Swoje badania oparł na równo ściętym jednym z narożników tej płyty. Może kiedyś jeszcze wrócę do tego wątku.
Wygląda więc na to, że technik związanych z zapamiętywaniem długich i rozbudowanych tekstów było znacznie więcej i były one znane starożytnym, tak samo jak i nam. Szkoda tylko, że oni te techniki wykorzystywali na co dzień, a my już niekoniecznie. Jedną z takich technik pamięciowych była z całą pewnością pieśń i tu wracamy już do Hezjoda i tego co jednak na szczęście spisano.

ZŁOTY WIEK



  
"(...) a ty nie zapomnij mojego wywodu: Że i bogowie i ludzie z jednego wywodzą się rodu. Najpierw stworzyli na ziemi szerokiej niebiescy bogowie To pokolenie, co złotym ludzkości okresem się zowie. Żyli ci ludzie w tym czasie gdy Kronos królował na niebie, Żyli zaś niby bogowie nie będąc nigdy w potrzebie, Pracy ni trudów nie znając, ni cierpień przykrej starości, Ani w nogach ni w rękach nie tracąc młodzieńczej świeżości. Żyli w dostatku radośnie, od wszelkich cierpień z daleka, Śmierć zabierała ich z ziemi jak sen łagodny tak lekka." [Hezjod, Praca i dni]

"Ludzie z tej rasy żyli niczym bogowie. (...) Po śmierci przeobrażali się w geniuszy - dobrowolnych strażników opiekujących się żywymi. Przynosili ludziom szczęście, byli patronami muzyki i pomagali w utrzymaniu sprawiedliwości, jeśli postępowano zgodnie z ich duchowymi radami." [Murry Hope, Tradycja grecka] 

Czy słowa Murry Hope nie przypominają wam buddyjskiej idei bodhisattwy, czyli tego, który z własnej woli nie staje się po oświeceniu częścią Boskiej Światłości, lecz wraca na ziemię, aby nauczać i opiekować się ludzkością...?

A co na to pokrewny buddyzmowi hinduizm ? Czy to przypadek, że przywykliśmy traktować informacyjno-mistyczny przekaz obydwu tych religii z szacunkiem, przynależnym starcom?

"Hindusi wyróżniali trzy światy: świat Boga, świat materialny i świat duchowy. Ich istnienie miało się dzielić na trwające 5000 lat epoki wzrostu i zagłady świata, te zaś z kolei na cztery krótsze okresy, w których duchowość zamierała w wyniku działania sił natury. Na początku dwoje bogów zstąpiło ze świata duchowego i przyjęło materialną postać. Świat był wówczas piękny i wolny od zanieczyszczeń. Na ziemi nastał raj, Złoty Wiek. Smutku jeszcze wówczas nie było. Bogowie rozmnażali się, zaludnili swój ląd i cieszyli się owocami ziemi. Po upływie 1250 lat liczba ludności wzrosła na tyle, ze nie starczało miejsca na nowe gospodarstwa. Ludzie zaczęli więc migrować. Wtedy narodził się smutek, bo wieka rodzina musiała się podzielić; po raz pierwszy pojawiły się łzy" [Maurice Cottrell, Superbogowie]


SREBRNY WIEK



"Drugie wnet pokolenie stworzyli niebiescy bogowie Dużo gorsze, co srebrnym ludzkości okresem się zowie Wzrostem ani zdolnością złotemu nierówne już przecie Wtedy synowie przy matce troskliwej przez całe stulecie W domu chowali się, nigdy nawyków dziecięcych nie tracąc. A gdy dojrzeli na tyle, by żyć samodzielnie już zacząć, Żyli przez okres króciutki znosząc z swej winy cierpienia (...)" [Hezjod, Praca i dni]

Hezjod, żyjący w wiekach żelaznych nie kryje tu niechęci w stosunku do zniewieściałych w jego interpretacji mężczyzn. Wydaje się jednak, że już jego czasy zostały silnie wypaczone przez religie patriarchalne, przez co, nie potrafił on dostrzec siły, jaka drzemała w opisanych srebrnych latach ludzkości. Była to już niestety siła obca czasom Hezjoda, mająca swoje źródło w lunarnych kultach matriarchalnych.

"Ludzie tej rasy byli głównie rolnikami, wegetarianami, nie lubili wojen i dożywali w zdrowiu sędziwego wieku. (...) Nie składali też ofiar Zeusowi, co rzecz jasna gniewało boga do tego stopnia, ze w końcu zniszczył ich strącając w głąb ziemi. Pojawiali się potem w innych mitach jako rasa podziemna, której oddawano swoistą cześć. Wiek srebrny odnosi się w niektórych badaniach do kultury minojskiej, a w każdym razie do tego wczesnego okresu, kiedy w Europie i na Środkowym Wschodzie dominowały kulty bogiń." [Murry Hope, Tradycja Grecka]

"Pod koniec srebrnego wieku ludzie zapomnieli o swych korzeniach i zaczęli się uważać za osobne rodziny i plemiona."[Maurice Cottrell, Superbogowie]

Czy nie trąca to nieco Wieżą Babel, kojarzoną powszechnie z karą bogów za "grzech" ciekawości, głupio nazwanym zresztą grzechem pychy? Czy i ten mit padł ofiarą dziejowego "głuchego telefonu" ?


WIEK BRĄZU LUB WIEK MIEDZIANY





"Zeus pokolenie też inne - spiżowych ludzi - na świecie Stworzył z jesionu, gwałtowne i silne srebrnemu już przecie w niczym nierówne, bo ono jedynie w krwawe wyprawy Wojnę i przemoc wierzyło ze zboża nie jedząc potrawy. Serca zaś mieli ci ludzie niezłomne, jak gdyby ze stali; Wzrostem potężni i siłą - żądzą utarczek pałali" [Hezjod, Praca i dni]

"Według niektórych podań ludzie ci wyginęli wyrzynając się nawzajem. (...) Hezjod podaje własny wariant mitu pisząc, że zanim nastał wiek żelazny, Zeus stworzył rasę boskich herosów - do nich należeli bohaterowie wojen trojańskiej i tebańskiej. Byli sprawiedliwsi i lepsi od ludzi wieku miedzianego, zaś po śmierci odchodzili na Wyspy Szczęśliwe, które opasywał swoimi ramionami Okeanos." [Murry Hope, Tradycja Grecka]

"Sąsiedzi różnili się od siebie coraz bardziej i wkrótce nastąpił Wiek Miedzi, w którym dawanie zastąpił handel. (...) Ludzi przybywało i potrzebowali coraz więcej żywności, więc zaczęli zabijać zwierzęta. Ziemia została podzielona na gospodarstwa ogrodzone płotami (...)" [Maurice Cottrell, Superbogowie]


WIEK ŻELAZA czyli Fortuna Imperatrix Mundi



"Wtedy też Zeus pokolenie znów inne stworzył śmiertelnych, Którzy obecnie mieszkają na ziemi, co plony nam niesie. Obym ja nie żył obecnie w tym ludzkości okresie! Wcześniej wolałbym ja umrzeć lub później urodzić się przecie, Bo pokolenie żelazne, obecnie żyjące na świecie, W trudach i znojach ni we dnie nie w nocy na chwilę nie spocznie, Ciężkie zaś troski bogowie zsyłać im będą naocznie" [Hezjod, Praca i dni]

"Żelazny wiek określa się generalnie jako epokę, w której dominuje nędza, zbrodnia, oszustwo i okrucieństwo, a człowiek za nic ma przysięgi, sprawiedliwość i cnoty." [Murry Hope, Tradycja Grecka]


"W Rigwedzie i Mahabharacie czytamy, że obecny Wiek Żelaza (Wiek Kali) rozpoczął się od śmierci Krishny, który ma ponoć wrócić na białym koniu (?!;) jako bóg Kalki, aby przygotować kosmiczne odrodzenie po zagładzie planety w ogniu i potopie, podczas krótkiego okresu zwanego Wiekiem Rozwiązania. Na końcu każdego cyklu między zagładą jednej epoki i stworzeniem następnej, Wisznu śpi na wężu nieskończoności imieniem Ananta, a jednocześnie unosi się w powietrzu jako ptak Garuda. Będąc pośrednikiem między tymi dwoma Wisznu ukazuje swoją moc." [Maurice Cottrell, Superbogowie]


PODSUMOWANIE

Podobieństwa między przedstawionymi wersjami dziejów są zbyt duże, aby pominąć je milczeniem. Widać wyraźnie, że Hezjod opierał się na historiach, już w jego czasach, znanych zapewne od wieków. Daniken twierdzi, że Hezjod korzystał ze źródeł egipskich. A z jakich źródeł korzystali Egipcjanie? Czyżby, z rozpalających wyobraźnię swą plastycznością opisów, hinduskich eposów? A może po prostu wszyscy mieli tych samych nauczycieli dawno, dawno temu...?
Nasza teraźniejszość była kiedyś przyszłością, a będzie przeszłością dla kolejnych pokoleń. I błędem byłoby przyjęcie trwałego założenia, że jakaś przyszła cywilizacja technologiczna, opisując tę przeszłość, posłuży się znanymi nam pojęciami. Użyje raczej własnych, a nasze czasy staną się legendą. Dlatego warto nieść pamięć o tym, że:
"Who controls the past controls the future: who controls the present controls the past." [George Orwell, 1984]

"All of this has happened before and will happen again" [Battlestar Galactica, 2004]

ponieważ współczesna popkultura również może być źródłem wartościowych wniosków.

piątek, 21 czerwca 2013

Mechanizm z Antykithiry - w hołdzie Wiekom Srebrnym

Dziś opowieść zasługująca na szczególną uwagę. Nieczęsto bowiem trafiają się znaleziska namacalne, które sprawiają, że chcąc nie chcąc, nawet oficjalna nauka musi zaakceptować, to czego  nie może sklasyfikować, przyporządkować i umieścić w stosownej szufladce.

Na początku XX wieku w pobliżu wyspy Antykithiry nurkowie natknęli się na wrak starożytnego okrętu, w pobliżu którego zlokalizowano mnóstwo archeologicznych skarbów. Wśród posągów, amfor i innych artefaktów, najbardziej niesamowitym znaleziskiem okazał się mocno skorodowany przyrząd z brązu, składający się z systemu kół zębatych. Do czasów XVIII-wiecznych zegarów i mechanizmów zegarowych, nie znano urządzeń o podobnym stopniu złożoności. 

Naukowcy, jak to zwykle bywa, wysnuwali przez dekady, przeróżne hipotezy. Sprawę komplikował jednak stan artefaktu, który wykluczał bardziej bezpośrednie badania i ingerencję w samą bryłę. Przez wiele lat wszystkie hipotezy opierały się więc na przypuszczeniach. Tak naprawdę, jego zastosowanie odkryto dopiero w ostatnich latach, wykorzystując nowoczesne, nieinwazyjne techniki badawcze.
"Jakość wykonania zadziwia. Nagle dostrzegamy litery starożytnej greki wyryte na powierzchni metalu. W greckich młynach stosowano wprawdzie drewniane tryby, ale odkrycie metalowej przekładni zębatej, było dla ówczesnych badaczy wstrząsem". 
Były to słowa astronoma, prof. Mike'a Edmundsa, który w roku 2000, a więc po 100 latach od jego wydobycia z morskich głębin, powołał międzynarodowy zespół, aby wyjaśnić tajemnicę artefaktu. W skład grupy weszli astronomowie, historycy nauki i matematycy.

 
Historię rozszyfrowywania mechanizmu z Antykithiry opowiada świetny dokument, emitowany na PLANETE+, który spróbuję tutaj streścić. Jeśli chcecie możecie go również obejrzeć na YouTube. Tam jednak filmy pojawiają się i znikają w zależności od zacięcia "właścicieli" praw autorskich, dlatego wolę go sobie zanotować.

W latach 70' w badania wraku zaangażowany był również Jaques Cousteau, który odkrył kolejne skarby, w tym sporo ceramiki, monety z brązu i srebra, posążki z brązu oraz drzewo - budulec okrętu, którym, zdaniem Cousteau była rzymska galera. Dzięki monetom określono wiek statku oraz całego wydarzenia na ok. 50-70r. p.n.e. Statek płynął zapewne z greckich koloni w Azji Mniejszej - z Pergamonu albo z Efezu. Był mocno przeciążony i zatonął prawdopodobnie podczas sztormu. Jego wrak spoczywał na głębokości przeszło 40 m.

Ale wróćmy do naszej archeologicznej perełki. Pierwsze badania z wykorzystaniem X-Ray przeprowadzone w latach 50' wykazały, że wewnątrz mechanizm składa się z 27 trybów. Już wtedy zidentyfikowano górną tarczę (tryb) ze 127 ząbkami oraz liczbę 235. Obydwie z tych liczb miały ogromne znaczenie w greckiej astronomii. Postawiono więc tezę, że przyrząd mógł być wykorzystywany do obserwacji ruchów Księżyca, gdyż liczba 235 była kluczowa w obliczaniu cyklów Księżyca. Znajomość faz Księżyca umożliwiała starożytnym wybranie odpowiedniej pory na zasiew, wojnę, przygotowanie ceremonii religijnych oraz nocne podróże. Fazy Księżyca odgrywały jednak przede wszystkim zasadniczą rolę w kulcie Bogini. Mogłoby to sugerować, że urządzenie jest znacznie starsze i należałoby je przyporządkować co najmniej do matriarchalnej kultury minojskiej lub jeszcze starszej. Pominięto jednak ten wątek w filmie i skupiono się na zaawansowanej greckiej matematyce i astronomii, która, jak to się oficjalnie uznaje, była dziełem  samych Greków. Uparcie wyklucza się bowiem traktowanie ówczesnej wiedzy, jako schedy po Przodkach. Jako, że jacykolwiek Przodkowie nie pasują do wypakowanych już po brzegi szufladek współczesnej nauki.

Grecy wiedzieli, że odstęp między kolejnymi nowiami wynosi ok. 29,5 dnia. Przy takiej kalkulacji 12 miesięcy daje 354 dni, czyli o 11 mniej w stosunku do kalendarza słonecznego. Starożytni byli jednak świadomi że 19 lat słonecznych odpowiada prawie dokładnie 235 miesiącom kalendarzowym. Górna tarcza obrazowała więc cykl 19-letni.

365*19= 6935       6935 / 29,5 = 235,0847...

A co ze 127 ząbkami trybu? Oprócz wiedzy na temat tzw. cyklu synodycznego (29,5 dnia od nowiu do nowiu) starożytni posiedli również wiedzę o cyklu  gwiazdowym, czyli pełnym obiegu Księżyca wokół Ziemi, który wynosi 27,3 dnia. Co to oznacza ? Ano, że w ciągu tych 19 lat Księżyc okrąża Ziemię 254 razy. Zamiast wycinać tak wiele ząbków konstruktor zredukował ich liczbę o połowę, do 127. Tym samym osiągnął ten sam efekt przy użyciu dodatkowego kółka.

365 x 19 = 6935    6935 / 27,3 = 254,0293...     254 / 2 = 127



W latach 50' nie odkryto jednak zastosowania największej tarczy, która zawierała 222 lub 223 ząbki. Tę zagadkę i kolejne, odkryto już współcześnie, przy zastosowaniu dużo bardziej zaawanasowanych urządzeń rentgenowskich. Na obrotowej podkładce umieszczono próbki. Aparat wykonał 3000 zdjęć z różnej perspektywy. Na podstawie tych zdjęć wykonano cyfrowy model mechanizmu z Antykithiry. Jego zaawansowanie i precyzja wykonania okazały się zdumiewające! W kompletnym urządzeniu, trybików było prawdopodobnie ok. 50-60
To odkrycie zmienia nasze wyobrażenie o starożytnych Grekach i historii technologii. To dowód, jak niewiele wiemy o pewnych wydarzeniach z II wieku p.n.e. w Grecji. [Tony Freeth, matematyk]
Kolejne możliwości przyniosła nowatorska technika z wykorzystaniem której powiększono niewyraźne inskrypcje, znajdujące się na powierzchni bryły. Wśród znaków odczytano liczbę 223. Według oficjalnej nauki ok. VII stulecia p.n.e. babilońscy astronomowie dokonali odkrycia. Zauważyli, że po 223 miesiącach, zaćmienia powtarzają się w bardzo podobny sposób. Umożliwiło to ich przewidywanie w okresie 18-letnim. Obecnie cykl ten nazywamy Sarosem. Po co babliońskim (i nie tylko) władcom potrzebna była taka wiedza, nie muszę chyba wyjaśniać? Podejrzewam również, że słowa "odkrycia" i "zauważyli" nie są w tym przypadku odpowiednie. Myślę, że wiedzę tę pielęgnowano przez stulecia, tyle, że w tym akurat okresie została wykorzystana, a raczej należałoby powiedzieć zeszmacona w ramach zwykłej polityki służącej do podtrzymania mitu boskości władców, jak w "Faraonie" Prusa.
Starożytni Grecy skonstruowali maszynę do przepowiadania przyszłości.  To niezwykłe, że na podstawie ówczesnych teorii naukowych potrafili stworzyć mechanizm, dzięki któremu obliczali zjawiska odległe w czasie. Mamy do czynienia z najstarszym komputerem na świecie.  [Tony Freeth, matematyk]
Naszemu współczesnemu zespołowi badaczy pozostało jeszcze tylko określenie, jak wyglądał wynik tych działań. Zagłębiając się w kolejne warstwy trójwymiarowych zdjęć rentgenowskich zauważono podziałkę oraz litery. Były one związane z prognozą zaćmień. Na zdjęciu obok widzimy zapis, na którym skupili się naukowcy. Pierwsza litera u góry to Sigma - greckie S, symbolizujące Selenę, boginię Księżyca. To oznacza zaćmienie Księżyca. Kolejną jest Eta, czyli H w alfabecie greckim, symbol Heliosa (Słońca) - wskazuje na zaćmienie Słońca. Symbol kotwicy to skrót słowa Hora (godzina). Oznacza to, że urządzenie przewidywało również konkretną godzinę zaćmienia. Dalsze odczytywanie znaków przy podziałce pokazało, że urządzenie informowało również o barwie Słońca lub Księżyca podczas zaćmienia (czerwony lub czarny).

Zastanawiano się jednak, jak konstruktor urządzenia uwzględnił fluktuacje dot. różnic prędkości z jaką Księżyc porusza się po elipsoidalnej orbicie wokół Ziemi (szybciej, gdy jest bliżej Ziemi i wolniej, gdy jest od niej dalej). Okazało się jednak, że i z tym poradził sobie starożytny konstruktor - jedno z kółek osadzonych na największym trybie poruszało się na trzpieniu. To rozwiązanie wywołuje zmienność ruchu jednego z trybów. Kiedy trzpień znajduje się poza szczeliną, koło zwalnia. Najlepiej jednak zobaczycie to w filmie (38 minuta).

Komplikacje z orbitą Księżyca i jej odwzorowaniem w mechanizmie zegarowym, są jednak jeszcze większe. Elipsoidalna orbita Księżyca nie jest bowiem nieruchomo zawieszona w przestrzeni. Obraca się powoli w cyklu 9 letnim. Starożytni Grecy obliczyli, że w ciągu roku wartość wykonanego obrotu wynosi 0,112579655. Na tych obliczeniach opierał się tryb wewnętrzny o 53 zębach. 

Skąd u starożytnych tak wysublimowana wiedza, z tego programu niestety się nie dowiemy. W filmie skupiono się przede wszystkim na liczbach, a kiedy doszukano się już wszystkich znajomych zależności, wówczas poprzestano na euforii podobnej tej, która towarzyszy ułożeniu obrazka z 5000 puzzli. Niby padają w filmie dające nadzieję słowa, które wyżej przytoczyłam, ale jednak pozostawiają one pewien niedosyt. Być może w skonstruowanie analizowanego mechanizmu faktycznie zaangażowany był Archimedes, jednak wiedza na której się oparł raczej nie pochodziła z I wieku p.n.e. Według mnie mnóstwo pytań pozostaje bez odpowiedzi...

współczesna rekonstrukcja mechanizmu z Antykihiry



czwartek, 30 maja 2013

Platońska historia o Atlantydzie

Platońska historia o Atlantydzie jest kulą u nogi całej oficjalnej archeologii. Naukowcy męczą się z nią od lat. Niektórzy posunęli się nawet do pogardliwych oświadczeń, że "zbiór teorii dotyczących Atlantydy jest doskonałym materiałem do studiowania ludzkiego szaleństwa" (Franz Susemihl). Wszystko to tylko dlatego, że nie znalazł się dotąd żaden współczesny Schliemann, który swoimi odkryciami dowiódłby, że Atlantyda to nie tylko legenda. 






W efekcie mamy naukową, ale mało wiarygodną wersję, jak to 2,5 tys. lat p.n.e. (to jeszcze epoka kamienia łupanego), "prymitywni" starożytni Egipcjanie zbudowali nieprymitywne piramidy, które do dziś zadziwiają zamkniętą w ich murach matematyką i astronomią. Skąd dysponowali tą wiedzą? Oficjalnie dowiadujemy się, że nastąpiło to w wyniku wytrwałych i systematycznych obserwacji nieba, w myśl zasady, że zawsze musiał być jakiś początek. To, że w tzw. okresie predynastycznym (przed 3000 p.n.e.) faraonowie i kapłani północnego Egiptu otaczani byli czcią przysługującą bogom, raczej się pomija. Właściwie dlaczego ludy północnego i południowego Egipt walczyły ze sobą przez kilka wieków? Może dlatego, że ich kultury różniły jak niebo i ziemia i dopiero ich wielowiekowa asymilacja sprawiła, że ostatecznie stały się jednym państwem? W oficjalnej archeologii przyjęło się twierdzić, że dopiero zjednoczenie południowego i północnego Egiptu spowodowało wielki rozwój tej cywilizacji. Czy aby na pewno był to jej rozwój, a nie schyłek?
W tym samym momencie (choć co do rzeczywistej daty tego "momentu" mam duże wątpliwości) w basenie Morza Śródziemnego pojawiły się inne zadziwiające cywilizacje. Na wyspie Krecie rozwinęła się kultura minojska z budowlami, których mieszkańcy Półwyspu Peloponeskiego mogli w tamtym okresie tylko pozazdrościć. Kreteńczycy posługiwali się kilkoma rodzajami pisma, w tym również pismem linearnym, które do tej pory nie zostało rozszyfrowane. Oczywiście, jak to zawsze bywa, przyszedł moment, gdy osłabiona cywilizacja kreteńska dała się zniszczyć najazdami zazdrośników z kontynentu - Mykeńczyków, czy jak kto woli Achajów. Takich zagadkowych, lecz mało ekspansywnych cywilizacji jak kreteńska, było znacznie więcej - miały własne pismo, własny system wierzeń i darzone były estymą przez okoliczne, bardziej prymitywne plemiona.
Kurz najazdów i wojen być może przykryłby wszystko, tak jak pustynia poradziła sobie ze Sfinksem, gdyby nie to, że największym "towarem" do zagrabienia w tamtym czasie była, oprócz "łupów" i bogactw naturalnych, po prostu wiedza. A skoro już ją zdobywano, to jednak potrafiła przetrwać kolejne stulecia. Zniekształcona jak w zabawie w "głuchy telefon", ale jednak...
Dzięki tej właśnie wiedzy, z pomroku dziejów wyłoniła się opowieść o miejscu, które nieustannie rozpala naszą wyobraźnię - opowieść o Atlantydzie.

"Posłuchaj Sokratesie, Opowieść bardzo dziwna, ale ze wszech miar prawdziwa. Opowiadał ją kiedyś Solon, najmądrzejszy spośród siedmiu mędrców. (...) Jest w Egipcie (...) powiat zwany Saityckim. W tym powiecie największym miastem jest Sais, skąd też pochodził i król Amasis. U nich tam nad miastem króluje pewne bóstwo, które się po egipsku nazywa Neith, a po grecku, jak oni mówią, Atena. Oni twierdzą, że bardzo lubią Ateńczyków i że w jakiś sposób są z nami tu spokrewnieni. Solon mówił, że gdy tam przyjechał, bardzo go tam zaczęto szanować. Dość że zaczął się rozpytywać o dawne czasy tych kapłanów, którzy najwięcej byli z tym obznajomieni, bo sam nic o tym po prostu nie wiedział i nie znalazł żadnego innego Hellena, który by o tym wiedział cokolwiek. I tak raz, pragnąc ich wyciągnąć na stówko o dawnych czasach, zaczął mówić o najdawniejszych dziejach naszych, o Foroneusie, którego pierwsze podania dotyczą, i o Niobie, a znowu o potopie opowiadał bajki, jak to przetrwali Deukalion i Pyrra, i wywodził pokolenia od nich pochodzące, i starał się przypomnieć sobie, ile to lat trwały te rzeczy, o których mówił, i starał się obliczyć lata.
Na to jeden bardzo stary kapłan powiedział: – Oj, Solonie, Solonie! Wy, Hellenowie, zawsze jesteście dziećmi. Nie ma starca między Hellenami. (...) – Młode dusze macie wszyscy – powiada. – Nie macie w nich żadnego dawnego mniemania, opartego na starych podaniach, ani żadnej wiedzy okrytej siwizną wieków. A przyczyna tego taka. Wiele razy i w różnym sposobie przychodziła zguba rodzaju ludzkiego i będzie przychodziła nieraz. Od ognia i od wody największa, a z niezliczonych innych przyczyn inne, krócej trwające. U was też mówią, że Faeton, syn Heliosa, zaprzągł raz konie do wozu ojca, a że nie umiał pędzić po tej samej drodze co ojciec, popalił wszystko na ziemi i sam zginął od pioruna. To się opowiada w postaci mitu, a prawdą jest zbaczanie ciał biegnących około ziemi i po niebie i co jakiś długi czas zniszczenie tego, co na ziemi, od wielkiego ognia. Wtedy ci, którzy mieszkają po górach i na wyżynach, i w okolicach suchych, bardziej giną niż ci, co mieszkają nad rzekami i nad morzem. (...) A kiedy znowu bogowie ziemię wodą oczyszczają i zalewają potopem, wtedy się ratują ci, co po górach krowy pasą i owce, a tych, co po waszych miastach mieszkają, rzeki spłukują do morza. (...) Nie wiecie nic ani o tym, co tu było, ani co u was było w czasach zamierzchłych. Te twoje rodowody, Solonie, i te historie, któreś opowiadał o tym, co u was, mało się różnią od bajek dla dzieci. Wy naprzód pamiętacie tylko jeden potop, a przed tym było ich wiele. Oprócz tego nie wiecie, że w waszej ziemi mieszkał najpiękniejszy i najlepszy rodzaj ludzi, od którego pochodzisz i ty, i całe wasze dzisiejsze państwo. Bo zostało wtedy trochę tego nasienia, ale wy o tym nie wiecie. (...) Później przyszły straszne trzęsienia ziemi i potopy i nadszedł jeden dzień i jedna noc okropna – wtedy całe wasze wojsko zapadło się pod ziemię, a wyspa Atlantyda tak samo zanurzyła się pod powierzchnię morza i zniknęła. "[Platon, Timaios]
Jedną z pierwszych usystematyzowanych publikacji, które przeczytałam na ten temat, była książka Murry Hope "Atlantyda - mit czy rzeczywistość". Wszystko, co przeczytałam wcześniej, czy to u Dänikena, czy u innych podróżników-pasjonatów, było dość chaotyczne i zbyt skrótowe. Ta pozycja jest znacznie szersza. Podejmuje próby, zarówno określenia przyczyn katastrofy, jak i opisania ewentualnych pozostałości po tej wielkiej cywilizacji, której ślady można znaleźć na wielu kontynentach. 
Wśród wielu hipotez, do racjonalnej strony mojego umysłu, najbardziej przemówiła ta o przebiegunowaniu Ziemi, w wyniku zderzenia z jakimś ciałem kosmicznym: asteroidą lub kometą. Spowodowało to zmiany, w wyniku których mamy stan aktualny biegunów. W czasach, gdy Atlantyda była kwitnącą cywilizacją, biegun północny znajdował się jednak gdzieś w miejscu Zatoki Hudson, co z kolei oznacza, że tereny Antarktydy nie były pokryte lodem, a wręcz przeciwnie. Podobny, znacznie cieplejszy klimat panował wówczas na terenie obecnej Syberii. Hipotezę tę, uzasadnia się następująco:

jaskier bulwiasty
"Hapgood opisuje mamuta, którego śmierć dopadła w momencie spożywania świeżego posiłku złożonego z jaskrów bulwiastych. Uważa się, ze mamuty żyły w czwartorzędzie i stały się gatunkiem wymarłym w plejstocenie. Niewątpliwie przyczyniła się do tego jakaś katastrofa, która spowodowała zmianę klimatu nieomal w ciągu jednego dnia. Sugeruje się, ze mamuty zadusiły się duszącymi gazami lub utonęły podczas powodzi. Dlaczego jednak w takim wypadku znajdowałyby się w środku pokrytego lodowcem rejonu? Muck twierdzi, że podczas czwartorzędu omawiany obszar, czyli północna Syberia, był całkowicie wolny od lodu, co oznacza temperaturę w granicach 4-5 st. Celsjusza, chociaż występowanie jaskru bulwiastego, o którym wspomina Hapgood, wskazywałoby, że była ona nawet wyższa. Świeże mięso znajdujące się w takiej temperaturze dłużej niż 3-4 dni niewątpliwie zaczęłoby gnić. Znajdowane obecnie zamrożone mamuty są w bardzo dobrym stanie i nie wykazują oznak rozkładu. Wskazuje to na bardzo szybkie oziębienie się klimatu po ich śmierci. Nie mógł tego spowodować dryf kontynentalny, lecz mogła to spowodować zmiana osi." [Murry Hope, Atlantyda - mit czy rzeczywistość, Wyd. Medium 1994, str.101-102]
Przywołany wyżej Charles Hapgood był autorem teorii, że nasza Ziemia co jakiś czas podlega nagłemu procesowi przesunięcia biegunów, na skutek oddziaływania ciał kosmicznych. Oficjalna nauka stoi na stanowisku, że zmiana biegunów jest to proces powolny i niezauważalny dla jednego pokolenia. Z kolei Otto Muck, był autorem książki "The Secrets of Atlantis", w której częściowo powoływał się na wspomnianą teorię, wskazując ją jako ściśle powiązaną z zatopieniem Atlantydy.
Do tematu Atlantydy z pewnością wrócę. Przewija się on, przez tak wiele czytanych przeze mnie książek, że nie sposób opisać go w jednym poście.




niedziela, 19 maja 2013

O drzewach na smutno...


Drzewa mówią do mnie od zawsze; nie potrafię mieszkać tam, gdzie ich nie ma i nigdy nie mieszkałam. Muszą być blisko, muszę na nie patrzeć, muszę widzieć jak rosną, jak się zielenią, jak czerwienieją i jak śpią w białym puchu. 
Ścinanie drzew to według mnie barbarzyństwo. Tej wiosny zdruzgotana patrzyłam, jak właściciel pobliskiej działki budowlanej położył dwa kilkudziesięcioletnie dęby - już piękne i rozłożyste. Zastanawiałam się od wielu lat, jaki los je czeka, ponieważ rosły dokładnie na środku i postawienie między nimi jakiegokolwiek domu było co prawda wykonalne, ale trudne. Teraz zostały po nich pniaki i pusta przestrzeń. Pomyślałam wtedy, że będzie budował ten dom latami, że nie uda mu się zrealizować swoich marzeń; nie tym kosztem. To nawet nie była zawiść, to był wydech całkowitej bezradności. 
Niedługo potem w szaleństwie wiosennych porządków, spółdzielnia mieszkaniowa "ogłowiła" (co za wstrętne słowo) dwie ogromne, piękne, stare wierzby pod moim blokiem, rosnące na środku wielkiego trawnika. Nie mam pojęcia komu mogły przeszkadzać i jakie mogły stanowić zagrożenie. Patrzę teraz co dzień na mizerne zielone witki na końcach wielkich pni, na okaleczone drzewa, które ktoś zniszczył bez powodu, w imię jakichś idiotycznych, wyimaginowanych zasad i bezdusznych przepisów. Dlaczego krzyku drzew nie słyszą ci, którzy są dla nich zagrożeniem...? To jakieś szaleństwo...
Szacunek do drzew umarł w naszej cywilizacji. Kiedyś było jednak inaczej... Dawno, dawno temu ludzie czcili drzewa. To drzewa były wtedy świątyniami. Ich zielone sklepienia nie zamykały ludziom oczu na otaczający świat; nie wmawiały im, że są panami wszystkiego; nie pozwalały im zapomnieć, że są równoprawnymi elementami przyrody. 
A teraz? Teraz, nawet dziecko wie, że lasy są płucami świata i potrafi opisać, przy użyciu wyszukanej terminologii, zależność człowieka od drzew, ale cóż z tego? Wiedza podąża swoją uwzniośloną drogą, a praktyka przemyka zbójeckim traktem, akceptowana przez bezduszne prawo i jeszcze bardziej bezduszny biznes. Płuca świata zamieniają się w kasę, tyle, że ona nie wydycha tlenu... 

F jak Fearn czyli olcha, drzewo Brana. Według celtyckiego kalendarza to właśnie moje drzewo [zdjęcie własne]

niedziela, 12 maja 2013

Świat czytany oczami Rudolfa Steinera "Stosunek świata gwiazd do człowieka"

Wykładów Rudolfa Steinera nie wypada zakurzyć codziennością, zwłaszcza jeśli patrzy się na życie, jak na niekończącą się drogę... Wszystko zaczęło się od strony czasopisma "GNOSIS", którą zachłysnęłam się jakiś rok temu. Mnogość poruszanej tam tematyki spowodowała, że przez pewien czas miałam spory mętlik w głowie. Niemal wszystko mnie zachwycało - czułam się trochę jak dziecko w sklepie z zabawkami. Chciałam czytać wszystko jednocześnie, ale poznawanie wszystkiego, to niestety tak, jak nie poznawanie niczego. Choćbym nie wiem jak chciała, nie wchłonę tajemnic świata tak, jak robiła to Lilu w "Piątym elemencie" Luc'a Bessona :) Nawet jeśli mój mózg to zarejestruje, nie będę potrafiła tego wydostać; zakurzę to codziennością... Codzienność jest agresywna, zbyt mocno przepełniona życiem. Z łatwością wypiera "duchowoduszną atmosferę". Dlatego właśnie potrzebuję notesu, pamięci zewnętrznej...
"Tutaj, na ziemi, człowiek uczy się mówić, a to również związane jest z jego ziemską istotą. Nie potrafimy mówić pomiędzy śmiercią a nowymi narodzinami, wewnątrz świata duchowego. Do mówienia potrzebne są fizyczne organy mowy. Tych zaś tam nie ma. Ale wewnątrz duchowego świata, w czasie pomiędzy śmiercią a nowymi narodzinami, mamy następujące przeżycie: czujemy się rytmicznie, do pewnego stopnia koncentrycznie, ściągani do własnej ludzkiej istoty. Nasza o wiele wyższa świadomość skupia się wtedy. Tak jak tutaj, na ziemi, w czasie snu zamykamy się w sobie samych, tak samo zamykamy się w sobie samych również pomiędzy śmiercią a nowymi narodzinami. Potem jednak ponownie otwieramy się. Tak jak tutaj, na fizycznej ziemi, kierujemy nasze oczy oraz inne nasze zmysły na Uniwersum, tak samo tam kierujemy nasze duchowe organy postrzegania na zewnątrz, ku istotom wyższych hierarchii. Pozwalamy naszej istocie płynąć w dale. Potem znowu ściągamy to razem. Jest to duchowy proces oddychania." [R.Steiner, Stosunek świata gwiazd do człowieka, Wydawnictwo GENESIS, 1999, str. 14]
Ciekawy opis, prawda? Odnosi się wręcz wrażenie, że ktoś chce nam coś powiedzieć, ale brakuje mu słów i liczy na emocjonalną intuicję odbiorcy. To takie... prometejskie...? Jak mityczny ogień dla "nieprzygotowanej" ludzkości. "Pozwalamy naszej istocie płynąć w dale. Potem znowu ściągamy to razem. Jest to duchowy proces oddychania." - takich sformułowań jest mnóstwo w wykładach Steinera; z każdym kolejnym zanurzasz się w eterze kosmosu. 

"Tutaj, na ziemi, odnośnie fizycznej mowy mamy odczucie, że słowa rozwijamy przede wszystkim podczas wydechu. Pomiędzy śmiercią a nowymi narodzinami mamy wrażenie, że słowa, które są rozprzestrzenione we wszechświecie i stanowią istotę wszechświata, wchodzą w nas przy wdychaniu naszej istoty w siebie i objawiają się w nas same jako Słowo Świata. Tu, na ziemi mówimy wydychając, w świecie duchowym mówimy wdychając. Gdy połączymy w sobie to, co nam mówi Logos, co nam mówi Słowo Świata, to rozświetlają się w naszej istocie myśli świata. Tutaj wysilamy się, aby przez nasz system nerwowy posiąść myśli; tam wciągamy w nas samych myśli świata z mowy Logosu, która jawi się w nas po tym, gdy najpierw rozprzestrzeniliśmy naszą istotę na cały wszechświat." [R.Steiner, Stosunek świata gwiazd do człowieka, Wydawnictwo GENESIS, 1999, str. 16]
źródło zdjęcia: http://www.zdjecia.biz.pl/
"Człowiek przechodzi przez bramę śmierci obładowany tym, co spowodował swoim działaniem woli. I tak jak tutaj, podczas życia pomiędzy narodzeniem a śmiercią ma wokół siebie wszystko, co żyje w minerałach, roślinach, zwierzętach i w fizycznym człowieku, wszystko, co jako chmury, rzeki, góry i gwiazdy widoczne jest na zewnątrz dzięki światłu, tak samo i wtedy, gdy po odłożeniu ciała fizycznego i eterycznego przeszedł przez bramę śmierci, ma wokół siebie świat. Ma wokół siebie właśnie ten świat, w który co noc wchodziły jego myśli, w który w obiegu rocznym wnikały jego uczucia. „Tyś to pomyślał, tyś to odczuł". Wokół niego jest tak, jakby istoty wyższych hierarchii wyniosły mu naprzeciw jego własne myśli, jego własne uczucia. One oglądały to w opisany przeze mnie sposób. Teraz promieniuje ku niemu jego rozsądek, jego uczucie. Tak jak tutaj, w czasie bytu na ziemi, słońce świeci od rana do wieczora, a następnie zachodzi i nastaje noc, tak promieniują ku nam nasze mądrości jako dzień, gdy przekroczyliśmy bramę śmierci, a zgromadzone wokół nas nasze głupoty zaciemniają i zasłaniają nam duchowe światło i nastaje wtedy noc. To, co na ziemi jest dniem i nocą tym po przejściu granicy śmierci jest wokół nas to, co jest rezultatem naszych mądrości i naszych głupot. A to, co tutaj, na tej ziemi, przeżywa człowiek w obiegu rocznym jako wiosnę, lato, jesień i zimę, jako zmianę temperatury otoczenia, jako zmianę różnorodnego samopoczucia, to po przejściu przez bramę śmierci również przeżywa jako pewnego rodzaju obieg, który jednak trwa znacznie dłużej. Przeżywa on, jak jego dobre uczucia, jego sympatia dla dobra, ogrzewają go, (...), natomiast swoją sympatię do zła, do niemoralności, przeżywa jako coś mrożącego. (...) Możemy zatem powiedzieć, że podobnie jak tutaj, na ziemi, mamy wokół siebie ciepłe, formujące życie powietrze lata, jak mamy wokół nas mroźne powietrze zimy, tak samo po śmierci mamy wokół siebie ciepłą potęgującą życie duchowoduszną atmosferę, która jest przygotowana przez nasze dobre uczucia, jak również mamy wokół siebie mroźną atmosferę, przygotowaną przez nasze złe uczucia. Tutaj, na ziemi, ciepło lata i zimy jest - przynajmniej dla pewnych okolic - wspólne. Po śmierci każdy ma swoją własną atmosferę - taką jaką sam sobie wytworzył. To są właśnie te najważniejsze przeżycia po śmierci, moi drodzy przyjaciele, że jeden przechodzi obok drugiego zmarznięty, podczas gdy ten drugi znajduje się w życiodajnym cieple.
(...)
Można zatem powiedzieć, że wszystko, co początkowo zakryte jest we wnętrzu człowieka, ujawnia się, gdy człowiek przekroczy bramę śmierci. Sen również nabiera teraz kosmicznego znaczenia. Również i życie podczas zimy nabiera teraz znaczenia kosmicznego. Śpimy co noc, aby przygotować sobie światło, w którym musimy żyć po śmierci. Doświadczamy zimy, aby przygotować sobie ciepło duchowo-dusznej natury, w które wkraczamy po śmierci. I w to wszystko, co sami sobie przygotowaliśmy jako atmosferę świata duchowego, wnosimy efekty naszych czynów." [R.Steiner, Stosunek świata gwiazd do człowieka, Wydawnictwo GENESIS, 1999, str. 40]

piątek, 10 maja 2013

Schodami w górę, a potem prosto do pamięci noszonej w genach

Niedawno uświadomiłam sobie, że gdybym miała znaleźć "punkt przywracania systemu" w moim życiu, to byłaby nim, właśnie ta rozmowa w pociągu na ostatnim roku studiów. Z pozoru banalna rozmowa z dawno nie widzianym znajomym, o tym co nas już ominęło, czy wybralibyśmy ten kierunek studiów raz jeszcze, czy pasją można zarobić na życie..? Takie tam gdybania grzecznych młodzianków, którzy i tak za rok trafili na mało fascynujący etat. Kto wtedy miałby tyle siły, żeby na ostatnim roku rozpocząć wszystko od nowa, w zupełnie innym kierunku; w kierunku do którego wyrywało się serce...? I na koniec to zdanie, które powiedziało nam o sobie wystarczająco wiele: - Wiesz co mnie zawsze najbardziej poruszało w tych wszystkich historiach starożytnego świata ? Spalenie Biblioteki w Aleksandrii... Wiedza, która umarła na zawsze...
I właśnie dlatego ten blog będzie moją małą biblioteką wiedzy kolekcjonowanej przez lata; wiedzy odgrzebywanej spod kurzu przeszłości przez pasjonatów, myślicieli, filozofów, czasem nawet naukowców. Tym ostatnim wierzę najmniej, bo sama wiem jak ciężko jest mówić i myśleć inaczej, niż środowisko, w którym starasz się kreować zawodowo. Jeśli moja biblioteka kogoś zainteresuje, będzie mi naprawdę bardzo miło.